NIE WSZYSTKIE TREŚCI Z OPUBLIKOWANYCH MATERIAŁÓW, ODZWIERCIEDLAJĄ POGLĄDY ADMINISTRATORA STRONY.
Nie wszystkie treści z opublikowanych artykułów, odzwierciedlają poglądy admina..
STRONA TA ZOSTAŁA ZAŁOŻONA W CELU PROPAGOWANIA ZDROWEGO STYLU ŻYCIA I ODŻYWIANIA. NIECH MOJE BEZINTERESOWNE DZIAŁANIE PRZYSPORZY KORZYŚCI JAK NAJWIĘKSZEJ LICZBIE LUDZI I ZWIERZĄT. BO ZDROWIE SIĘ TYLKO TAKIE MA JAK SIĘ O NIE ZADBA.
Dane z badań przesiewowych wykazały, że metabolizm długołańcuchowych kwasów tłuszczowych ma kluczowe znaczenie dla przeżycia komórek ostrej białaczki szpikowej. Awokado, owoc wiecznie zielonego drzewa Persea americana, należącego do rodziny laurowych, jest popularne wśród miłośników zdrowia. I nie bez powodu. Ten owoc, mimo że zawiera dużą ilość tłuszczu, jest uważany za produkt dietetyczny i ma wysoką wartość odżywczą i bogatą strukturę.
Jest bogaty w błonnik, potas, błonnik, niezbędne tłuszcze i przeciwutleniacze. Awokado jest nie tylko dobre dla jelit, ale także obniża poziom cholesterolu i trójglicerydów, a także korzystnie wpływa na popęd seksualny.
Naukowcy z University of Guelph (Ontario, Kanada) zidentyfikowali inną ważną właściwość awokado, która oferuje nowy skuteczny sposób leczenia ostrej białaczki szpikowej, tj. złośliwego guza mieloidalnej linii krwi. Uważany jest za najbardziej śmiertelny ze wszystkich nowotworów krwi, zabijając trzech z czterech pacjentów w ciągu pięciu lat.
Według badań opublikowanych w czasopiśmie Blood, komórki białaczkowe są bogate w enzym mitochondrialny zwany dehydrogenazą acylo-CoA kwasów tłuszczowych o bardzo długim łańcuchu lub po prostu VLCAD (very long-chain acyl-CoA dehydrogenase, VLCAD, deficiency, VLCADD). Ponieważ wspomaga wzrost komórek nowotworowych, naukowcy zidentyfikowali go jako cel terapii. Zespół naukowców przeanalizował publicznie dostępne bazy danych nutraceutyków, czyli suplementów diety i różnych produktów spożywczych, w poszukiwaniu odpowiedniej substancji hamującej VLCAD.
Okazało się, że jest to awokatyna B - cząsteczka z klasy tłuszczów występujących w awokado. Wcześniej była ona proponowana i testowana pod kątem zapobiegania cukrzycy i kontroli otyłości.
„Ten związek działa na enzym, który jako pierwszy zidentyfikowaliśmy jako kluczowy dla wzrostu komórek rakowych. Doprowadził on do zmniejszenia żywotności, proliferacji, wzrostu klonogennego i wszczepienia komórek białaczkowych. Dlatego VLCAD może być dobrym markerem do identyfikacji pacjentów, którzy kwalifikują się do tego typu terapii ”- powiedział dr Paul A. Spagnolo, korespondent.
Według ekspertów około połowa pacjentów w wieku powyżej 65 lat, u których zdiagnozowano ostrą białaczkę szpikową, szuka opieki paliatywnej, podczas gdy reszta przechodzi na chemioterapię lekami, takimi jak trucizna lub toksyna, które niekorzystnie wpływają na czynnik zakaźny. Awokatyna B jest postrzegana jako terapia nietoksyczna, a kolejnym celem naukowców jest przeprowadzenie badań klinicznych na ludziach, aby potwierdzić jej skuteczność w leczeniu białaczki.
O ile w Europie populacje wydają się w dużej mierze spacyfikowane intelektualnie i albo się same szczepią tymi zabójczymi preparatami, albo poddają się niekończącym zamknięciom gospodarki, to w Indiach sprawa przedstawia się zgoła odmiennie. Obecnie starająca się wprowadzać „państwowy porządek” policja jest linczowana na ulicach miast i wsi.
Społeczeństwo wydaje się być bardzo nieufne w stosunku do działań rządu po tym jak zmarł główny promotor tych szczepionek, zaraz po ich przyjęciu. Państwo rozsyła też grupy, patrole szczepionkowe, które mają prowadzić szczepienia, a które są przepędzane przez rozwścieczonych ludzi.
Co się naprawdę dzieje w Indiach. Nikt nie umiera masowo. To restrykcje zabijają kraj:
Psychoza rządowa:
Ludzie protestują przeciw testom PCR:
Coraz więcej filmów pokazujących zamieszki można znaleźć w sieci, które ukazują prawdziwy stosunek Hindusów do programu rządowego – ludzie są przerażeni zamknięciem gospodarki i szczepieniami. Kilka lat temu program szczepień na polio zakończył się całym kraju po tym jak lekarze byli zabijani przez lokalne społeczności. Wygląda na to, że teraz historia będzie się powtarzać.
Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) zmienił swoje stanowisko w sprawie dwutlenku tytanu, barwnika E171. Panel kluczowych ekspertów powiedział, że „nie można dłużej uważać go za bezpieczny suplement diety”.
Autorzy opracowań naukowych doszli do tych samych wniosków na przestrzeni kilku lat. E171 jest stosowany głównie w przemyśle spożywczym jako biały barwnik. Dodawany jest do setek rodzajów produktów, tj. np. do gumy do żucia, majonezu, wyrobów cukierniczych, lodów. Teraz władze będą próbować jak najszybciej zakazać jego stosowania w UE.
W 2016 r. EFSA przeprowadził ocenę bezpieczeństwa dwutlenku tytanu i stwierdził, że nie ma wyraźnych dowodów na poparcie rakotwórczości lub genotoksyczności E171.
Jednocześnie zaczęły pojawiać się badania, które dowodzą, że szkody powodowane przez dwutlenek tytanu mogą się kumulować, jeśli dostaną się do organizmu człowieka w postaci nanocząstek o średnicy mniejszej niż 100 nm. W 2020 roku Francja jako pierwszy kraj na świecie wprowadziła zakaz stosowania tego dodatku do żywności.
Szef Rady Badawczej E171, Maged Yones, powiedział, że chociaż badanie nie jest do końca jasne, to nie można odrzucić obaw dotyczących genotoksyczności dwutlenku tytanu.
„Biorąc pod uwagę wszystkie dostępne badania naukowe i dane, Rada doszła do wniosku, że dwutlenku tytanu nie można już uważać za bezpieczny suplement diety” – powiedział Maged Yones. „Ważnym elementem tej decyzji było to, że nie możemy wykluczyć genotoksyczności spowodowanej spożyciem cząstek dwutlenku tytanu. Po połknięciu wchłanianie cząsteczek dwutlenku tytanu jest niskie, jednak mogą one gromadzić się w organizmie”.
E171 jest używany głównie w przemyśle spożywczym jako biały barwnik. Dodawany jest do setek rodzajów produktów, tj. do gumy do żucia, majonezu, wyrobów cukierniczych, lodów.
Nowa klasyfikacja barwnika niekoniecznie będzie prowadzić do natychmiastowego zakazu stosowania tego dodatku w UE. Jednak opinia Rady jest zwykle podstawą odpowiednich działań organów regulacyjnych Komisji Europejskiej i krajów członkowskich.
Stella Kyriakides, komisarz UE ds. Zdrowia i bezpieczeństwa żywności, napisała już na Twitterze, że projekt ustawy o całkowitym zakazie E171 zostanie przedstawiony tak szybko, jak to możliwe.
Nasi sprzymierzeńcy w walce z komarami i meszkami potrzebują pomocy. O montowanie budek lęgowych dla ginącego gatunku jerzyków, które przyleciały do Polski i pozostaną tutaj zaledwie do połowy sierpnia, apelują ornitolodzy z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Jerzyk większość życia spędza w locie – w powietrzu śpi, kopuluje i zjada uciążliwe dla ludzi owady.
.
Budki lęgowe to rekompensata za utratę dotychczas zajmowanych przez jerzyki miejsc gniazdowych. Sprawdzają się na wysokich kamienicach i blokach mieszkalnych. Obecnie niemal wszystkie jerzyki gniazdują w miastach, a tylko nieliczne zasiedlają dziuple bardzo starych drzew i szczeliny w skałach. Są mistrzami nadziemnych akrobacji, niemal nie potrafią chodzić. Ten pospolity do niedawna gatunek ginie w zastraszającym tempie. Główną przyczyną spadku liczebności jerzyków są prace budowlane. Ocieplanie budynków wiąże się z zamykaniem otworów w stropodachach, które są w Polsce podstawowym siedliskiem jerzyków.
BUDKA MUSI BYĆ ODPOWIEDNIA
Jedną z najlepszych form pomocy jerzykom jest montaż specjalnie dla tego gatunku przeznaczonych skrzynek lęgowych. Jerzyk, mimo iż jego masa wynosi zaledwie 45 – 55 g nie jest wcale takim małym ptakiem. Rozpiętość jego skrzydeł to 40 – 44 cm, więc budka powinna mieć stosowne wymiary.
„Zawiesiliśmy budki na budynku Colegium Maximum naszej uczelni – mówi dr hab. inż. Tadeusz Mizera z Wydziału Medycyny Weterynaryjnej i Nauk o Zwierzętach UPP. – Liczymy, że i w tym roku zajmą podarowane im schronienia. Trzeba jeszcze jednak poczekać kilka dni, chociaż informacje internetowe wskazują, że w Polsce pojawiły się już pierwsze jerzyki”.
Jerzyki przylatują do nas z początkiem maja i osiedlają się w szczelinach murów, a najchętniej wykorzystują otwory w stropodachach. Ptaki te najczęściej wybierają stronę wschodnią lub północną, unikając miejsc, w których temperatura zmienia się szybko. Są pożyteczne, żywią się tylko owadami latającymi w powietrzu: komarami, meszkami i muchami, utrzymując równowagę ekologiczną.
Przyrodnicy przypominają, że naturalne siedliska tych ptaków mieszczą się w skałach, jerzyk nie wybierze każdej budki, jaką mu zawiesimy. Warto uzbroić się więc w cierpliwość. Aby zwiększyć prawdopodobieństwo zajęcia budki, warto ptaki zachęcić sygnałem akustycznym. Jerzyki chętnie tworzą duże kolonie. Ten ich zwyczaj można wykorzystać montując w jednej z budek urządzenie wabiące, które rano i wieczorem przez kilkanaście minut nadaje głosy jerzyków. Zaciekawione ptaki zwykle już po kilku dniach osiedlają się i same dalej wabią następne jerzyki.
Profesjonalne nagrania, którymi można przywabić jerzyki, udostępnił poznańskim przyrodnikom znawca i pasjonat tych ptaków Adam Gatniejewski (z wykształcenia inżynier lotnictwa). Osoby zainteresowane mogą zgłosić się do prof. Piotra Tryjanowskiego z Katedry Zoologii UPP po wskazówki dotyczące dostępności nagrań.
Życie rodzinne jerzyków można też śledzić przez kamery zainstalowane w ich gniazdach. Naukowcy dodają, że zarządcy szklanych drapaczy chmur wrażliwi na przyrodę i chcący pomóc jerzykom mogą zabezpieczyć położone najwyżej szyby elementem widocznym dla ptaków.
JERZYK TO NIE JASKÓŁKA
„Jeszcze kilka lat temu nawet studentom biologii trzeba było tłumaczyć, że jerzyk Apus apus to nie jaskółka, a ich zauważalne podobieństwo wynika z powietrznego trybu życia i adaptacji do akrobatycznych pogoni za owadami. Bo jerzyki to mistrzowie aerodynamiki. Większą część życia jerzyk spędza w locie. W powietrzu zbiera pożywienie i materiał na gniazdo, pije krople deszczu, kopuluje i śpi, szybując z wiatrem na dużej wysokości (do 2,5 km). Może pozostawać w locie bez przerwy nawet przez 2 lata” – tłumaczy prof. Tryjanowski.
Jak wyjaśnia, jerzyk ląduje przede wszystkim podczas okresu lęgowego, gdy buduje gniazdo i karmi pisklęta. Czasami odpoczywa, chwytając się pazurkami pionowej ściany skały lub budynku. Jerzyki mają bardzo krótkie, mocne nogi z wszystkimi pazurkami skierowanymi do przodu. Dlatego nie mogą usiąść na drucie, jak jaskółki, ani na cienkich gałązkach.
„Zresztą ich łacińska nazwa Apus oznacza beznogie. Poruszanie się na ziemi sprawia im ogromną trudność, więc prawie nigdy nie chodzą. Jerzyk jest za to jednym z najszybszych ptaków spotykanych w Europie, największe szybkości osiąga w locie grupowym. W pogoni za zdobyczą osiąga prędkość 200 km/h” – wylicza prof. Tryjanowski.
Poznańscy przyrodnicy przyznają, że mimo wielu rekomendowanych przez nich powieszonych budek lęgowych, jest to kropla w morzu potrzeb.
„Jerzyki naprawdę wymagają naszego wsparcia i w programach ochrony należy koniecznie współpracować z amatorami, miłośnikami tych ptaków. Często mają oni wiedzę i doświadczenie, o jakich nie mają pojęcia nawet zawodowi badacze ptaków. Warto się od siebie nawzajem uczyć!” – przyznaje prof. Tryjanowski, oddając zasługi inż. Gatniejewskiemu.
Naukowcy i pasjonaci przypominają, że okres lęgu jerzyków kończy się z początkiem sierpnia i jest to już czas odlotu na zimowisko w południowej Afryce.
Sanitarne szaleństwo jakie opanowało cały świat powoduje powstawanie rozmaitych dziwacznych obostrzeń. Do najgłupszych z pewnością należy stosowanie lockdownów i tak zwanych maseczek, zwłaszcza na świeżym powietrzu. Liczne badania naukowe dowodzą, że takie praktyki są szkodliwe, ale rządzący uparcie do nich dążą. Mimo, że 15 maja PiSowcy łaskawie pozwolą chodzić nam na zewnątrz bez szmatki na twarzy, ale wymyślili sposób jak dodatkowo pognębić ludzi i wprowadzili obowiązek stosowania rękawiczek!
Nakaz obowiązuje od dzisiaj czyli od 8 maja. Na mocy nowego rozporządzenia rządu, rękawiczki ochronne lub środki do dezynfekcji należy stosować w obiektach handlowych lub usługowych o powierzchni sprzedaży lub świadczenia usług powyżej 2 tys. m2, w innych placówkach handlowych, na stacjach paliw oraz targowiskach.
Obowiązek wprowadzono nagle i nieoczekiwanie, a zdumiewające jest też to, że większość badań naukowych nie stwierdza aby powierzchnie były nośnikiem dla wirusa. Jest to zatem kolejny objaw szalonego sanitaryzmu. Być może prof. Horban znowu przeczytał jakiś artykuł w prasie, szkoda, że nie przeczytał badań dowodzących bezsensownosci tego typu nakazów.
W praktyce oznacza to, że będą zapewne stały pojemniki z płynem odkażającym, ale nie można jednak wykluczyć, że pisowska milicja będzie robić kontrole w sklepach sprawdzając czy wszyscy grzecznie noszą rękawiczki. Nasi rządzący psychopaci niewątpliwie są do tego zdolni. Odkręcenie śruby z bezsensownym nakazem noszenia maski na zewnątrz zostało zastąpione kolejnym bezsensownym nakazem. Tresura musi trwać.
Nowa fiksacja władzy jest ostatnio widoczna i być moze dlatego coraz więcej przekazów medialnych w trakcie których gdzie politycy spotykają się w rękawiczkach. Ostatnio czarne lateksowe rękawiczki prezentował sam Andrzej Duda andzeja i jego świta. Być może to epatowanie rękawiczkami to zapowiedź jakiejś nowej mądrości etapu w Covidowym szaleństwie, które rozwija nam się całkiem szybko.
Polski rząd jest tak zdeterminowany, by wyszczepić jak najwięcej Polaków, że zamierza kupować nawet te szczepionki, których inne państwa nie chcą, w obawie przed ich skutkami ubocznymi. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.
Premier Morawiecki wystosował list do premier Danii Mette Frederiksen. Zawarta została w nim propozycja zakupu niewykorzystanych przez ten kraj szczepionek na COVID-19, firmy Johnson&Johnson.
Dania wykluczyła ten specyfik z programu szczepień, ponieważ pojawiły się przypadki zakrzepów, łączone z tą szczepionką.
O treści listu poinformował portal polsatnews.pl.
Morawiecki napisał w nim:
Polacy pozytywnie podchodzą do szczepień, a coraz więcej moich rodaków korzysta z ochrony, którą dają szczepionki. W ostatnich dniach odnotowałem informację, że Dania zdecydowała się wycofać wprowadzenie szczepionki Johnson&Johnson do obrotu na rodzimym rynku. Gdyby Dania zdecydowała się na odsprzedaż części swoich zapasów, Polska jest gotowa odkupić te szczepionki. Dla Polski i Polaków byłoby to coś więcej niż wzajemne korzystna transakcja. Oznaczałoby to gest solidarności wzmacniającej nasze partnerstwo. […] Wierzę, że moja propozycja spotka się z Pani zainteresowaniem i już wkrótce nasze wspólne wysiłki pozwolą przezwyciężyć pandemię i jej skutki, a z tego trudnego czasu wyjdziemy wszyscy silniejsi i lepiej przygotowani na wyzwania przyszłości.
Dania zrezygnowała nie tylko z preparatu Johnson&Johnson, ale także ze szczepionki AstraZeneki.
Dlaczego polskie władze są takie zdesperowane? Dlaczego jedno państwo może podchodzić do kwestii szczepień ostrożnie, a inne, jak Polska, zbiera medyczny szrot z całej Europy, żeby robić za prymusa w UE?
Zaraz Morawiecki zacznie skupować niewykorzystane Sputniki z Rosji, szczepionki chińskie, leki z Wysp Salomona i Papui-Nowej Gwinei.
Podczas gdy Dania zablokowała medykament J&J, Polska użyła go w masowej akcji narodowego szczepienia w „majówkę”. Sznury ludzi ustawiły się w mobilnych punktach szprycowania, żeby móc sobie załatwić przepustkę do siedzenia na leżakach w egipskich kurortach i cykania fotek z basenu.
Wiele wskazuje na to, że propaganda zadziałała i wielu Polaków ma w sobie emocjonalne zapotrzebowanie na szczepionkę, analogiczne do konsumpcji „kiełbasy wyborczej”.
W okresie tzw. pandemii koronawirusa znikają wszystkie choroby. Znikają statystycznie, bowiem ludzie jak chorowali tak chorują, jakkolwiek środowisko medyczno-naukowe stworzyło nowe interpretacje i klasyfikacje.
Tak jak w niemal wszystkich krajach świata gdzie obowiązuje polityczno-ideologiczna narracja o przepotężnym wirusie mającym powodować Covid-19, tak i we Włoszech istnieje niemal wyłącznie “koronawirus” a zniknęła zwykła sezonowa grypa. Informuje o tym z dumą włoski Instytut Służby Zdrowia (Istituto Superiore di Sanità), który twierdzi, że w wyniku zachowania tzw. środków ochronnych – maseczek, dystansu, lockdownu, żeli, bądź innych pseudo-medycznych przyczyn – sezonowa grypa niemal zupełnie i cudownie zniknęła.
Każdego roku we Włoszech na sezonową grypę choruje około 6 milionów osób, a coroczna liczba ofiar sięga 10 tysięcy. W tym cudownym sezonie 2020-21 grypa literalnie zniknęła. Instytut Zdrowia podaje, że “od początku sezonu [grypowego] czyli od 46 tygodnia 2020 roku do 16 tygodnia 2021 roku na terytorium kraju nie odnotowano ani jednego przypadku grypy.”
„Ta choroba zwyczajnie zniknęła” – stwierdził zdziwiony Antonio Bella z departamentu chorób zakaźnych w Instytucie Służby Zdrowia, pomimo że tenże Instytut przewidywał szczególnie ciężki sezon grypowy. Do prognozowanej “wielkiej grypy” we Włoszech nie doszło, bowiem wszystkie statystyki przejęło zjawisko nazwane “Covid-19”, któremu przypisano wszystkie niemal przypadki śmierci, tak sezonowej grypy jak i wielu innych chorób.
Podobnie wygląda to w statystykach Stanów Zjednoczonych. Jeśli w przed-pandemicznym sezonie 2018-2019, kiedy to stosowano w miarę normalną klasyfikację chorób, zanotowano w USA 35,5 miliona przypadków grypy, ponad 16,5 miliona wizyt lekarskich, 491 tysięcy hospitalizacji i 34 200 ofiar śmiertelnych sezonowej grypy – a był to “lekki” sezon grypowy, gdyż w latach 2017-18 zmarło 61 tysięcy osób – to w sezonie grypowym 2020-2021 zanotowano dotychczas… 450 ofiar śmiertelnych.
Jeszcze dobitniej widać tę zmianę na przykładzie liczby zmarłych na sezonową grypę dzieci: w sezonie 2017-2018 zmarło 188 dzieci, w 2018-2019 – 144 dzieci, 2019-2020 – 198, a w obecnym sezonie 2020-2021 zanotowano śmierć jednego dziecka. Statystki te są o tyle ważne, że w Stanach Zjednoczonych szpitale i lekarze nie mają obowiązku przekazywania danych o osobach chorych czy zmarłych na sezonową grypę – z wyjątkiem dzieci – i stąd agencja CDC (Centra Kontroli Chorób i Prewencji) publikuje w ciągu całej swej historii tylko szacunkowe dane.
Przy całej rozbudowanej biurokracji i administracji medycznej, przez lata lobby medyczne, naukowe i polityczne nie zadbały o stworzenie wiarygodnych systemów rejestracji chorób i autentycznej prewencji. Wydaje się to działaniem całkiem celowym i wykorzystanym w Stanach Zjednocznych na przykładzie np. systemu VAERS mającemu śledzić poszczepienne skutki ubocznych, który jednak jako zupełnie dobrowolny nie stanowi wiarygodnego źródła danych.
Jest to o tyle wygodne dla każdej z tych grup, a szczególnie dla warstwy politycznej, że operując niewiarygodnymi danymi – jak to obserwujemy np. w przypadku “liczby ofiar Covid-19” – można na żądanie rozpętać dowolną “pandemię” i zmanipulować społeczeństwa. Jednak po półtorarocznej “pandemii covidowej” temat staje się nieco przebrzmiały politycznie więc pora na kolejną odsłonę pandemiczną. Wpływowe środowiska skupione wokół pisma Politico właśnie piszą, że sezon grypowy 2021-22 będzie wyjątkowo brutalny. Firmy farmacetyczne już opracowują kombinowane szczepionki zawierające w jednym pakiecie “środek przeciwko covid oraz sezonowej grypie” i przy nadciągającym terrorze paszportów szczepionkowych każdy będzie zmuszony do poddania się kolejnemu eksperymentowi medycznemu.
W ubiegłym roku bardzo wyraźnie zwiększyła się śmiertelność w naszym kraju, zwłaszcza wśród osób starszych. To nie tylko skutek pandemii.
Osoby 60 plus stanowią ponad 25,3 proc. mieszkańców Polski. Jest to grupa zróżnicowana i szybko rosnąca. W 2030 roku może liczyć niemal 30 proc. ogółu mieszkańców, a w roku 2050 przekroczy 40 proc. Zapewne będzie jednak ich mniej, gdyż pod rządami PiS seniorzy dosyć szybko wymierają.
Na podstawie „Europejskiego Badania Warunków Życia Ludności” (GUS, 2020) można stwierdzić, że ludzie po 60. już przed pandemią dość często (26,5 proc.) wskazywali, że ich zdrowie jest złe lub bardzo złe. Wskaźnik potrzeby skorzystania z usług medycznych wynosił dla całej populacji mieszkańców Polski powyżej 16 roku życia 61,9 proc., a w wypadku seniorów 73,4 proc.
W czasie pandemii jest niestety gorzej – wskazuje Instytut Polityki Senioralnej Senior Hub. Dokładnych danych procentowych jeszcze nie opracowano, lecz wszystkie badania wskazują, iż osoby starsze są narażone w największym stopniu na izolację społeczną, czyli na funkcjonowanie w sytuacji niewielkiej intensywności lub zupełnego braku kontaktów społecznych z osobami spoza gospodarstwa domowego. Osoby 60 plus w największym stopniu funkcjonują również w jednoosobowych gospodarstwach domowych, co dodatkowo wzmacnia poczucie samotności i pozostawienia samemu sobie – a to nie służy ich zdrowiu i życiu.
Realnie nawet do 1 miliona osób w Polsce pozostaje w faktycznej izolacji społecznej, często żyjąc samotnie w swoich mieszkaniach i domach. Wykluczeni z relacji społecznych innych niż incydentalne. Osoby te żyją poza systemem wsparcia społecznego, a ich funkcjonowanie nie jest zazwyczaj w żaden sposób monitorowane.
Jest też duża grupa seniorów, która oprócz braku spotkań ze znajomymi, nie ma też żadnych relacji z członkami rodzin. Nic dziwnego, że wskazują oni na niższy stopień zadowolenia z relacji rodzinnych i pozarodzinnych niż osoby z innych grup.
Kiepsko jest również u nich z aktywnością fizyczną. Główną formą rekreacji dla seniorów 65 plus są spacery (57 proc. osób). Żadnego sportu nie uprawiało 78 proc. ludzi w tym wieku. Aż 62,8 proc. osób 60 plus ograniczyło aktywność fizyczną w dobie pandemii COVID-19. Dostępne badania jednoznacznie wskazują zaś na korelację aktywności fizycznej z ogólnym dobrym stanem seniorów. Sprzyja ona utrzymaniu względnej samodzielności osób starszych i wydłuża życie. Jej ograniczenie ma fatalne skutki zwłaszcza dla seniorów cierpiących na choroby współistniejące.
Wpływa to na pogorszenie stanu zdrowia, co z kolei przekłada się na gorsze samopoczucie, słabszą kondycję psychiczną, a także ograniczanie relacji i aktywności społecznych. W grupie osób 65 – 74 lata jedynie 9 proc. Polaków poświęcało czas na aktywność wolontariacko-społeczną (głównie we wspólnotach wyznaniowych), co jest wynikiem znacznie niższym niż średnia dla Unii Europejskiej, która wynosi 18 proc. Efektem niskiej aktywności społecznej może być również przyspieszenie spadku kondycji psychofizycznej i wcześniejsza utrata względnej samodzielności. Czyli, błędne koło.
Pandemia mogła znacząco wpłynąć na pogłębienie stopnia izolacji społecznej i poziomu osamotnienia seniorów. W dobie koronawirusowych obostrzeń posiadanie lub nieposiadanie kompetencji w zakresie obsługi internetu ma duży wpływ na funkcjonowanie seniorów poddanych przymusowej izolacji społecznej. W raporcie z badania „Wykorzystanie technologii informacyjno-komunikacyjnych w gospodarstwach domowych” (GUS 2020) wskazano, że aż 64,6 proc. seniorów 65 plus nigdy nie korzystało z internetu w ciągu ostatnich 3 miesięcy przed badaniem. Natomiast jedynie 3 proc. osób starszych wykorzystywało sieć w szerokim lub bardzo szerokim zakresie, czyli swobodnie przeglądało strony internetowe, korzystało z wyszukiwarek, obsługiwało e-maila, było aktywnych w mediach społecznościowych, dokonywało transakcji zakupowych i bankowych, korzystało z kultury np. poprzez użytkowanie serwisów streamingowych. Osoby starsze dość chętnie korzystają natomiast z bankowości internetowej (16 proc. respondentów).
Miniony rok przyniósł stagnację, a być może nawet regres, w dziedzinie edukacji cyfrowej seniorów. Od wiosny 2020 r. niemal nie odbywają się szkolenia stacjonarne, które są dosyć skuteczną metodą edukacji seniorów początkujących w cyfrowym świecie. Istnieje więc możliwość realnego wtórnego wykluczenia cyfrowego większości z tych osób. Pandemia wzmocniła za to motywację części ludzi starszych do komunikacji za pomocą dość nowych narzędzi, np. komunikatorów audio-wideo.
Pogorszenie odczuwalnej jakości życia oraz spadek kondycji psychofizycznej mają wpływ na zwiększenie śmiertelności w grupie wiekowej seniorów. W trakcie pierwszej i drugiej fali pandemii (wiosna i jesień 2020) seniorzy stanowili większość ofiar śmiertelnych, trzecia fala pochłania także wielu ludzi młodszych.
Zgony są jednak nie tylko efektem COVID-19, lecz i rezultatem załamania systemu opieki zdrowotnej w Polsce, spowodowanego rządami PiS. Bardzo utrudniony jest dostęp do usług medycznych, służba zdrowia stała się niewydolna, nie ma łatwej ścieżki dostępu do lekarzy specjalistów, odwołano planowane wcześniej zabiegi. To wszystko oznacza przedwczesne i zbyt częste umieranie Polaków.
Gorszy dostęp do usług medycznych jest istotnym powodem wzrostu śmiertelności w grupie seniorów, obserwowanej w statystykach od września 2020 r., czyli od tzw. „drugiej fali koronawirusa”. Wśród siedemdziesięciolatków aktywność fizyczną ograniczyło aż 73,9 proc. ankietowanych. Są to osoby i tak mało aktywne społecznie oraz bardzo narażone na negatywne efekty zaniku aktywności fizycznej. Ludzie ci, będący w grupie bardzo wysokiego ryzyka zarażenia COVID-19, najczęściej ograniczają wychodzenie z domu. Unikają zarówno rekreacji na wolnym powietrzu, jak i wyjść w innych celach. Ponad połowa respondentów odczuwa zmęczenie obostrzeniami związanymi z epidemią. Wpływa to na ograniczenie sprawności ruchowej oraz odczuwalny dobrostan psychiczny w wyniku ograniczenia liczby i jakości relacji społecznych, trudnych do utrzymania podczas pandemii.
Na podstawie oficjalnych, a więc skażonych zapewne nadmiernym optymizmem danych Ministerstwa Zdrowia „Raport o zgonach w Polsce w 2020 r.” można stwierdzić, że w 2020 r. odnotowano 67 tys. zgonów więcej niż w porównywalnym okresie w 2019 r. Liczba ta zwiększyła się przede wszystkim wśród osób powyżej 60 roku życia – stanowiły one aż 94 proc. nadwyżki liczby zgonów względem 2019 r. Bardziej pesymistyczne dane ma Ministerstwo Cyfryzacji, które na podstawie Rejestru Stanu Cywilnego wskazuje na 76 tysięcy więcej zgonów niż w 2019 roku. Od września zdecydowanie zwiększyła się śmiertelność, zwłaszcza wśród osób starszych.
W rezultacie, system wsparcia i opieki (w tym głównie zdrowotnej) nad osobami starszymi wymaga natychmiastowej zmiany i reorganizacji. Seniorzy nie mogą jednak mieć nadziei, że doczekają tego pod rządami Prawa i Sprawiedliwości.
Naukowcy opracowali system monitorujący biomarkery krwi związane z zaburzeniami nastroju. Prosty test krwi wykrywający depresję i zaburzenia afektywne dwubiegunowe wkrótce może stać się rzeczywistością.
Depresja to jedno z najczęściej występujących zaburzeń, które dotyka milionów ludzi na całym świecie. Szacuje się, że 1 na 4 osoby w całym swoim życiu doświadcza epizodu depresyjnego. Choć choroba jest rozpoznawana od wieków, jej zdiagnozowanie wymaga oceny klinicznej lekarzy, psychologów i psychiatrów.
Współczesne badania krwi mogą co najwyżej pomóc ustalić, czy objawy depresji mogą być związane z innymi czynnikami, ale nie są wykorzystywane w praktyce klinicznej do obiektywnego i niezależnego diagnozowania samej choroby. Jednak wkrótce sytuacja może się zmienić.
Naukowcy ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Indiany pod przewodnictwem dr Alexander B. Niculescu w ramach swoich kilkuletnich badań zidentyfikowali 26 biomarkerów we krwi ponad 300 pacjentów, które są w różny sposób powiązane z częstotliwością występowania zaburzeń nastroju, w tym depresji, choroby afektywnej dwubiegunowej i manii. Wcześniej ten sam zespół opracował testy krwi pomagające przewidzieć skłonności samobójcze, a także zdiagnozować silny ból i ocenić poziom PTSD.
W ostatnim etapie testów naukowcy zbadali inną grupę pacjentów, aby sprawdzić, czy wykryte biomarkery mogą określić nastrój, depresję i manię, a także przewidzieć np. przyszłe hospitalizacje. Zespół ostatecznie ustalił, że 12 biomarkerów jest mocno powiązanych z depresją - sześć z nich jest także powiązanych z chorobą afektywną dwubiegunową, a dwa mogą sugerować manię.
Opracowany przez naukowców prosty test krwi pozwala nie tylko wykryć skłonność do depresji i innych zaburzeń nastroju, ale też wskazać na konkretne leki, które można byłoby zastosować indywidualnie dla każdego pacjenta i monitorować reakcję na leczenie
Jednak test krwi na dzień dzisiejszy stanowi jedynie potwierdzenie słuszności koncepcji i nie wiadomo, kiedy zostanie wykorzystany w szerszym zakresie.
Artykuł ten powstał dla tych z ludzi, którzy wzięli już dwie dawki szczepionki na COVID-19, nic im nie jest i śmieją się z tzw. „foliarzy” i ich rzekomej głupoty. Na ich miejscu jednak wstrzymałbym się z podnieceniem i poczekał na efekty długofalowe. Są bowiem specjaliści, którzy ostrzegają, że prawdziwe skutki działania tych preparatów, mogą pojawić się dopiero za rok.
Doktor Lawrence Palevsky w swoich ostrzegawczych wystąpieniach sugeruje, że czas pojawienia się pełnych efektów przyjęcia szczepionki mRNA, z której wynikać będzie między innymi autoagresja układu immunologicznego, to 48 tygodni.
Wśród zaburzeń, które mogą pojawić się po tym czasie, naukowiec wymieniazapalenie płuc i niewydolność oddechową, uszkodzenia trzustki, uszkodzenia nerwów motorycznych, pojawienie się cukrzycy u zdrowych i zaostrzenie jej objawów u już chorych na tę chorobę. Według Palevsky’ego przyjęcie obu dawek szczepionki na COVID-19, może po upływie roku wywołać uszkodzenia 27 z 55 tkanek w ludzkim ciele.
Czy tak będzie? I czy stanie się to udziałem wszystkich? Trudno określić. Jednak od początku grupa naukowców, walczących z oficjalną narracją na temat pandemii, podkreśla, że szczepionki na COVID-19, to bomba z opóźnionym zapłonem i złudne jest myślenie, że skoro komuś teraz nic nie jest, to tak już zostanie.
Stąd do wszystkich kpiących z osób wątpiących, śmiejcie się póki czas, bo wkrótce możecie już nie mieć powodu.
Rosnące poziomy CO2 w powietrzu ziemskim od dawna budzą niepokój ekologów. Najgorsze, jak się okazuje, ten proces wpływa tylko na klimat. Według ostatnich badań, zbyt duża ilość dwutlenku węgla dosłownie sprawia, że wszyscy będą głupi. Badanie przeprowadzone w 2019 r. przez naukowców z University of Colorado w Boulder i ich kolegów z innych organizacji naukowych pokazuje, że rosnący poziom CO2 w atmosferze ma nawet bardziej niebezpieczne konsekwencje niż globalne ocieplenie. Eksperci zwrócili uwagę na szereg prac poświęconych funkcjom poznawczym ludzi, którzy od dłuższego czasu przebywają w atmosferze o podwyższonej zawartości dwutlenku węgla.
Na podstawie uzyskanych wyników naukowcy zbudowali model ewaluacyjny, aby zrozumieć, jak w przyszłości zmieniający się skład atmosfery wpłynie na całą ludzkość pod względem zdolności intelektualnych. Wnioski są rozczarowujące. Jeśli przyjmiemy pesymistyczną ocenę wzrostu stężenia dwutlenku węgla w powietrzu, to do 2100 roku ludzie staną się znacznie głupsi. Jednocześnie nawet przestrzeganie wszystkich międzynarodowych porozumień środowiskowych dotyczących redukcji emisji gazów cieplarnianych, czyli najkorzystniejszego scenariusza rozważanego przez naukowców, doprowadzi do spadku poziomu inteligencji większości ludzi o kilkadziesiąt procent. Wygląda na to, że Greta Thunberg może mieć przypadkowo nowy, mocny argument.
Artykuł jest recenzją, to znaczy nie jest oparty na oryginalnych badaniach, ale zawiera analizę szeregu innych prac naukowych na ten temat. Został opublikowany dwa lata temu w czasopiśmie American Geophysical Union i może być punktem wyjścia do wielu udoskonaleń i testów tej hipotezy. Wstępny wydruk jest dostępny na serwerze EarthArXiv. Podsumowanie jest następujące. Naukowcy od dawna zauważają, że studenci pracujący w dusznych pomieszczeniach wykazują obniżone wyniki w nauce. Zagadnienie to zostało szczegółowo zbadane i istnieją nawet specjalne skale zależności funkcji poznawczych człowieka od zawartości dwutlenku węgla w wdychanym powietrzu.
Zależności te nie są liniowe, a CO2 wpływa na różne podsystemy naszego mózgu na różne sposoby - gdzieś istotnie, a gdzieś niezbyt bardzo. Generalnie skutki są negatywne i zauważalne, dlatego wymóg regularnej wentylacji pomieszczeń i audytoriów jest w jak największym stopniu uzasadniony naukowo. Niestety dobry system wentylacji lub szeroko otwarte okna nie przydadzą się, jeśli powietrze zewnętrzne zawiera zbyt dużo dwutlenku węgla. Autorzy pracy opierają się na dwóch głównych scenariuszach, tj. gdy nie podejmuje się działań w celu zahamowania globalnego ocieplenia i odwrotnie, wszystkie kraje świata nagle zdecydowały się jednogłośnie pomyśleć o ekologii. W pierwszym przypadku do 2100 roku stężenie CO2 wzrośnie do ponad 930 ppm (części na milion), a w drugim do 625.
Obie te opcje budzą poważne obawy. Podany zakres stężeń znajduje się właśnie w „czerwonej” strefie oddziaływania na człowieka. W takiej atmosferze ludzie gorzej zapamiętują informacje, trudniej jest rozpoznać obrazy, a co najważniejsze, zaburzone jest myślenie odpowiedzialne za podejmowanie decyzji. Dwutlenek węgla to drugi po parze wodnej najbardziej wpływowy gaz cieplarniany na klimat Ziemi. Każdego roku jego stężenie rośnie średnio o 2 - 7 ppm. Zmniejszenie emisji CO2 jest jednym z głównych punktów większości programów walki z globalnym ociepleniem.