Nie wszystkie treści z opublikowanych artykułów, odzwierciedlają poglądy admina..

STRONA TA ZOSTAŁA ZAŁOŻONA W CELU PROPAGOWANIA ZDROWEGO STYLU ŻYCIA I ODŻYWIANIA. NIECH MOJE BEZINTERESOWNE DZIAŁANIE PRZYSPORZY KORZYŚCI JAK NAJWIĘKSZEJ LICZBIE LUDZI I ZWIERZĄT. BO ZDROWIE SIĘ TYLKO TAKIE MA JAK SIĘ O NIE ZADBA.

piątek, 22 września 2017

80% Polaków myje owoce i warzywa w wodzie

Na temat właściwego przygotowania owoców i warzyw do spożycia narosło wiele mitów. Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie PSOR, aż 84 proc respondentów słyszało o tym, że warzywa i owoce należy parzyć wrzątkiem lub płukać wodą z solą kuchenną. Tymczasem, jak przekonują eksperci, wystarczy zwykła woda, a tam, gdzie jest to niezbędne, warzywo lub owoc należy obrać ze skórki.
– Coraz większą wagę przykładamy do odpowiednich zachowań higienicznych podczas spożywania i przygotowania posiłków. To bardzo ważne, zwłaszcza że spożywanie surowych owoców i warzyw jest wskazane z punktu widzenia zdrowej i bezpiecznej diety – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Jacek Postupolski, kierownik Zakładu Bezpieczeństwa Żywności z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny.
Odpowiednio zbilansowana dieta powinna uwzględniać w swoim składzie surowe warzywa i owoce. Spożywanie kilku porcji warzyw dziennie jest istotne dla naszego zdrowia, jednak pod warunkiem zachowania podstawowych zasad higieny, tj. umycia czy w przypadku niektórych rodzajów obrania ze skórki. Jak wskazuje ekspert, myjemy nie tylko po to, by pozbyć się brudu.
– Owoce i warzywa muszą być w odpowiedni sposób przygotowane, aby uniknąć możliwości wniknięcia do organizmu substancji niepożądanych, np. pozostałości środków ochrony roślin, zanieczyszczeń i szkodliwych dla nas mikroorganizmów – tłumaczy dr Postupolski.
Warto przy tym pamiętać o tym, że dopuszczalny poziom pozostałości środków ochrony roślin w warzywach i owocach jest określany przez prawo i ma zagwarantować konsumentom bezpieczeństwo spożywanych produktów.
Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Polskie Stowarzyszenie Ochrony Roślin, Polacy są świadomi, że owoce i warzywa należy w odpowiedni sposób przygotować przed spożyciem. Większość osób myje je, by pozbyć się brudu. Prawie połowa badanych chce się w ten sposób pozbyć również mikroorganizmów chorobotwórczych.
– Musimy się starać, by wchłaniając cenne dla nas substancje z owoców i warzyw, unikać wnikania bakterii i innych organizmów chorobotwórczych, w tym pasożytów. Mycie i obieranie warzyw powoduje, że prawdopodobieństwo wniknięcia ich do organizmu jest dużo mniejsze – przekonuje ekspert.
Znacząca większość Polaków myje warzywa w samej wodzie (80 proc.). Płukanie w różnego rodzaju mieszankach nie jest rozpowszechnionym zjawiskiem, np. tylko 4 proc. osób deklaruje stosowanie wody z sokiem z cytryny lub kwaskiem cytrynowym.
– Warzywa i owoce powinniśmy myć pod bieżącą wodą, jaka jest stosowana do przygotowania posiłków w gospodarstwie domowym. W przypadku silnego zabrudzenia, np. marchewki, celowe jest obranie warzyw, żeby unikać ewentualnego zanieczyszczenia, które jest trudne do usunięcia przez wodę – zaznacza dr Postupolski.
Ponad 80 proc. Polaków słyszało o przynajmniej jednym alternatywnym dla mycia w samej wodzie sposobie na czyszczenie warzyw i owoców. Najpopularniejszą znaną metodą jest parzenie wrzątkiem (72 proc.), płukanie w wodzie z solą kuchenną (38 proc.) lub w wodzie z sokiem z cytryny albo kwaskiem cytrynowym (37 proc.), a także z octem (35 proc.) lub sodą oczyszczoną (31 proc.).
– Nie ma jednak konieczności stosowania takich metod, jak moczenie owoców czy warzyw w wodzie, stosowania kwasów czy sody. Nie zwiększy to bezpieczeństwa tych produktów, a np. stosowanie sody powoduje rozkład witamin – wskazuje ekspert.
Zgodnie z odpowiedziami respondentów badania owoce i warzywa najczęściej myte są w zwykłej wodzie. Pojawiają się jednak istotne różnice pomiędzy owocami krajowymi (78 proc.) a importowanymi (59 proc.). Aż 17 proc. Polaków w ogóle nie myje owoców importowanych (w przypadku owoców krajowych odsetek ten wynosi 2 proc.). Wynika to w dużej mierze z przekonania, że owoców, których skórki się nie je (np. banany, cytrusy), nie trzeba myć. Eksperci podkreślają, że to błąd. Zabrudzenia, pojawiające się na skórkach owoców w trakcie transportu czy przechowywania w magazynach, w trakcie obierania łatwo przedostają się na dłonie, a stąd drobnoustroje chorobotwórcze mają już prostą drogę do naszych ust, jeśli nie zadbamy odpowiednio o higienę i nie umyjemy rąk przed spożyciem.

czwartek, 21 września 2017

Zapraszam na moje prelekcje, w piątek o 17, niedziela o 10. Temat "Dlaczego warto przestać jeść mięso" i "Naturalne odżywianie".



Festiwal Wiedzy Alternatywnej, to miejsce w którym spotykają się ludzie o otwartych umysłach, żądni niestandardowej wiedzy. 

W ciągu trzech dni będziemy zdobywać wiedzę poprzez wykłady i warsztaty oraz integrować się poprzez wspólną zabawę i taniec.
Będziemy gościć prelegentów poruszających następujące tematy:
Medycyna Naturalna, Joga i Medytacja, Historia, Zjawiska Paranormalne, Rolnictwo i Budownictwo oraz Psychologia i Szamanizm.
Naszą misją jest dotarcie do jak największej ilości osób, nie zdających sobie sprawy w jakim świecie rzeczywiście żyjemy oraz pomaganie im w zdobywaniu wiedzy.
Pełna lista prelekcji i wydarzeń zostanie opublikowana 10 dni przed festiwalem. 

Otrzymuj od nas powiadomienia - 👍 zalajkuj i obserwuj stronę główną.www.facebook.com/Festiwal-Wiedzy-Alternatywnej-1602484106439233/

🗣️ Zaproś na to wydarzenie swoich znajomych, jeśli chcesz żeby również wzieli w nim udział.
🏷️ Tańsze bilety w przedsprzedaży znajdziesz tutaj https://jesienny-festiwal.evenea.pl/

Bilety dostępne również na miejscu w cenie: 100 PLN za 3 dni i 60 PLN za jeden dzień.





PLAGA1. RAK - odcinek 2 "SYSTEM" .


Idzie zima, wzmocnij odporność.10 sposobów na wzmocnienie odporności

Przez wiele lat miałam co roku po wakacjach ten sam problem: dzieciaki-kaszlaki wracające z przedszkola i szkoły zasmarkane, tony chusteczek higienicznych których już nie nadążałam kupować i apteczka domowa zawalona syropkami, saszetkami, pigułkami, a bywało nieraz że i antybiotykami. Dzisiaj moja rodzina radzi sobiedoskonale bez nich. Jak to się stało? 
To proste: nasze organizmy nie są już przyjaznym terenem dla drobnoustrojów, w związku  z czym wybierają one sobie innych gospodarzy, a od nas trzymają się z daleka skoro nie mają tu czego szukać. Na czym polega zjawisko odporności na sezonowe infekcje i dlaczego jedni chorują, a inni nie, nawet gdy przebywają razem z nimi? Odpowiedź jest oczywista: ci drudzy mają silniejszy, bardziej zadbany układ immunologiczny. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Niestety z wiedzy na ten temat nie egzaminują w szkołach, od swojego lekarza rodzinnego też raczej nie oczekuj wyczerpującego wykładu na ten temat – on ma jakieś 10 minut na każdego pacjenta i zgodnie z jego oczekiwaniami raczej przepisze „coś” na szybko niż będzie pacjenta edukował w zakresie opieki nad system odpornościowym. Współczesna medycyna nie tyle jest bowiem nakierowana na budowanie zdrowia, ile na zwalczanie chorób.
 Aby zapewnić sobie przewlekłe zdrowie musimy przede wszystkim zmienić swój punkt widzenia: przestań koncentrować się na zwalczaniu chorób, a zacznij  koncentrować się na budowaniu zdrowia. Wbrew pozorom te dwie rzeczy nie są sobie równoważne ani ze sobą tożsame. Jak dotąd żadne programy walki z rakiem, walki z cukrzycą ani w ogóle walki z czymkolwiek (nadwagą, migreną, katarem, cellulitem, bezrobociem, narkotykami – wymień co chcesz) nie przyniosły  żadnego spektakularnego efektu. Budujmy i wzmacniajmy to co ma być dobrego zamiast walczyć z tym co w naszym przekonaniu jest złe. Po zbudowaniu tego co dobre – to co złe samo zniknie z pola widzenia.
Najczęściej „dbanie o swój system immunologiczny” kojarzy nam się ze stosowanymi na przełomie sezonów babcinymi metodami (np. czosnkiem, miodem, tranem czy cebulą) , które są owszem dobre, ale nie wyczerpują tematu dbania o odporność. To nie jest całkiem do końca tak, że wystarczy dodać do diety jakiś jeden składnik czy dwa i już można się nie martwić i uważać, że sprawa załatwiona – jesteśmy odporni. Takie działanie na wyrywki może nie przynieść oczekiwanego poziomu poprawy odporności. I bardzo często nie przynosi. A czasem nie  w takim stopniu w jakim byśmy chcieli. Na wzmocnienie odporności należy opracować sobie wielokierunkowy plan (i trzymać się go, a nie mieć go jedynie „na papierze”!).
Spójrzmy bowiem gdzie rodzi się odporność: jak sama nazwa wskazuje mamy UKŁAD odpornościowy, a nie jeden organ odpowiadający za odporność. Wiemy mniej więcej jak dbać o jamę ustną, o żołądek czy o skórę – jednym słowem o pojedynczy narząd, ale dbanie o układ jest nieco większym wyzwaniem. Układ to zespół narządów i każdy z nich jak w orkiestrze gra swoją partię aby powstała symfonia o nazwie Odporność. Dziś już na szczęście nie wycina się masowo wyrostka robaczkowego (a nawet migdałków) w celach profilaktycznych, choć dawniej tak było. Z drugiej strony natura sama potrafi zadbać o wszystko: na przykład gdy z biegiem czasu fizjologicznie zmniejszać się zaczyna grasica – jej funkcje przejmują węzły chłonne oraz szpik kostny.
Możesz być aktywny fizycznie, możesz też przy tym myśleć, że się „dobrze odżywiasz”, ale wszystko weryfikuje rzeczywistość: jeśli dopada Cię infekcja (lub jakakolwiek dolegliwość zresztą), to najwyraźniej Twój organizm myśli inaczej niż Ty. Gdzieś po drodze popełniasz błędy.
Oto 10 sposobów na to jak dbać o sprawność systemu odpornościowego:
1. Dieta to podstawa.  Pamiętaj, że wszystko co wkładasz do ust może Twoją odporność budować lub jej szkodzić. Ocenia się, że za około 80% wydolności całego naszego układu odpornościowego odpowiadają właśnie jelita. Zdrowe jelita to zdrowy człowiek, dlatego tak ważne jest co do nich wkładasz, kiedy oraz w jakiej ilości. U zdrowych ludzi układ pokarmowy jest wypełniony prawidłową mikroflorą, wolny od przerostu szkodliwych drobnoustrojów i nie stanowi pożywki dla szkodliwych pasożytów.
Nigdy się nie przejadaj i aby zapewnić optymalne wchłanianie składników odżywczych zawsze jak najdokładniej żuj wszystko co jesz. Zwracaj uwagę na ewentualne nietolerancje pokarmowe i wyłącz pokarmy, które Ci nie służą. Często nie zwracamy uwagi na szczegóły, a to właśnie one są istotą rzeczy. 
Mamy też tendencję do pobłażania sobie lub nadużywania mantry„wszystko byle z umiarem”, interpretując słowo „umiar” po swojemu (dla każdego umiar znaczy zawsze coś innego) i stosując je nie według pewnych ustalonych zasad lecz raczej bardziej oportunistycznie, w miarę bieżącego rozwoju wydarzeń. Jest na to sposób jeśli chodzi o dietę: podzielić sobie wszystko to co wkładamy do ust na dwie kategorie: to co jem na co dzień i to co mogę sobie pozwolić zjeść od święta. Ludzie stosujący się do tej zasady żyją długo i zdrowo – na każdym zakątku naszej planety. Nie ma wtedy mirażu bliżej nieokreślonego „umiaru”, a jest konkret czyli podział. A jak wtedy takie odświętne jedzonko smakuje i jak każdy z miłym uczuciem w sercu czeka, aż ten świąteczny czas nadejdzie… Naprawdę polecam taką metodę! Opłacalna i pod kątem zdrowotnym i finansowym, o czym pisałam tutaj
Co powinno znaleźć się na talerzu by wzmacniać odporność? Otóż na co dzień dieta powinna być przede wszystkim antyzapalna:
- 8-10 porcji warzyw i owoców dziennie (z czego co najmniej połowa na świeżo, bez obróbki termicznej – tę zasadę stosuję nawet zimą). Tylko tam znajdziemy moc ochronnych fitozwiązków i zapewniającego prawidłową pracę przewodu pokarmowego błonnika.
Porcja to tyle ile zmieścisz w stulonych dłoniach. Do dziennej normy wliczają się zarówno sałatki z warzyw świeżych i kiszonych, wyciskane na świeżo soki warzywno-owocowe i zrobione z nich sorbety lub lody (to latem), wyśmienite i sycące koktajle zrobione w blenderze, kiełki (można je po taniości hodować w domu), rozmaite zupy, potrawki, bezcukrowe owocowe desery, warzywa na parze oraz rzecz jasna warzywa i owoce na świeżo jedzone „z ręki” (czasem maczane w fajnym dipie) albo ususzone w postaci zdrowych chipsówdo pochrupania. Doprawdy jest tak wiele sposobów na to jak jeść warzywa i owoce, że problemów z ich zjedzeniem w ilości 8-10 porcji nie ma technicznie żadnych, więc puść wodze swojej kreatywności i fantazji i nie szukaj już więcej wymówek! 
codziennie porcja pokarmu probiotycznego dla dobrej flory bakteryjnej w jelitach.  Wbrew pozorom przemycanie pokarmów probiotycznych do codziennego menu wcale nie jest takie trudne 
To może być w formie kiszonych warzyw (np. ogórki, kapusta kiszona) samodzielnie albo jako zupa, soku z nich czy też zakwasu buraczanego, to może być fermentowany nabiał (bez dodatku cukru) najlepiej domowej roboty, ocet jabłkowy naturalnie fermentowany, to może być coś bardziej egzotycznego jak rejuvelac (napój z fermentowanych kiełków), natto i miso (fermentowana soja) lub fermentowany naturalnie sos sojowy (zwracajmy uwagę na oznaczenia na opakowaniu, bo te tańsze sosy sojowe są pędzone chemicznie) lub też kombucha (fermentowana herbata) czy domowej roboty kwas chlebowy. Jednym słowem dbajmy o to, by w tych 8-10 porcjach warzyw i owoców znalazło się coś probiotycznie dobroczynnego przynajmniej w ilości jednej porcji. Nie wliczają się tu jednak kiszonki w zupie, która była ugotowana (przyjazne laktobakterie zostały w związku z tym unicestwione), dlatego robiąc zupy z probiotycznych warzyw dodajmy sok z nich na samym końcu, gdy już potrawa nieco przestygnie, w ten sposób ocalimy życie naszych małych przyjaciół w pocie czoła pracujących na naszą odporność 
Taka ciekawostka: badania wykazały, że potrzeba aż 1 miliarda bakterii zawartych w kapsułkowanym aptecznym probiotyku aby wykonały tę samą robotę, którą robi zaledwie 100 milionów laktobakterii spożytych w naturalnie fermentowanym pożywieniu. Naprawdę warto jeść domowe kiszonki, tym bardziej, że robią się niemal same, bez naszego większego zaangażowania czasowego.
- prawidłowa proporcja kwasów tłuszczowych: dbajmy o to, by codziennie dostarczać kwasy tłuszczowe mające antyzapalne właściwości czyli Omega-3. Warto pamiętać, że kwasy Omega-3 i Omega-6 walczą o te same receptory. Jednych i drugich kwasów potrzebujemy dla prawidłowego funkcjonowania, jednak to  Omega-3 mają własności antyzapalne. Kwasy omega-6 (a zwłaszcza kwas arachidonowy) ułatwiają z kolei produkcję prostaglandyn, czyli hormonów prozapalnych. To, aby wyłączyć z diety zabójcze tłuszcze trans (margaryny, tłuszcz cukierniczy, rafinowane oleje i wszystko co je zawiera) to już chyba wszyscy wiemy.
Mamy  3 rodzaje kwasów Omega-3 (ALA, EPA i DHA) i potrzebujemy wszystkich trzech. W pokarmach roślinnych (np. siemię i olej lniany, warzywa zielonolistne czy orzechy włoskie) mamy kwasy ALA (prekursor dla pozostałych), zaś w tkankach organizmów żywych (np. ryb) znajdziemy wytwarzane przez nie z tegoż prekursora ALA kwasy EPA i DHA (są to dłuższe łańcuchy z dołączonymi do ALA atomami węgla i wodoru, co dzieje się przy pomocy kofaktorów takich jak pewne witaminy, minerały oraz enzym zwany delta-6-desaturazą). Człowiek zdrowy (mający czynny enzym, mający odpowiedni zapas potrzebnych witamin i minerałów) potrafi podobnie jak czynią to ryby wytwarzać sobie kwasy EPA i DHA z prekursora (czyli z ALA) w ilościach dokładnie takich na jakie jego ustrój ma aktualne zapotrzebowanie, choć z wiekiem aktywność tego enzymu nieco może zmaleć (badania na szczurach).
Utrata tego ważnego enzymu nastąpić może poprzez spożywanie pokarmów przetworzonych, szczególnie nieprzyjazny jest dla tego enzymu nadmiar pokarmów zawierających tłuszcze zwierzęce (nasycone kwasy tłuszczowe) jak tłuste mięso czy nabiał oraz wysokoglikemicznych pustych węglowodanów (cukier, alkohol). Jeśli podstawę Twojej diety stanowią mięsa, nabiały i słodkości to Twojadelta-6-desaturaza najprawdopodobniej nie działa, nie będziesz w stanie wyprodukować sobie kwasów EPA i DHA jak czyni to ryba, która nie jada schabowych kotletów ani maślanych ciasteczek, lecz pokarm jaki natura dla niej stworzyła.
Przywrócić aktywność tego niezwykle ważnego dla zdrowia i odporności enzymu można zaś rezygnując z  pokarmów szkodliwych (co oczywiste) oraz spożywając kwasy tłuszczowe GLA (np. z oleju z wiesiołka, ogórecznika lekarskiego lub konopii). Jedynie w nielicznych przypadkach osoba może mieć ten enzym zablokowany genetycznie. Jednak większość ludzi dobrze sobie radzi po zastosowaniu kwasów GLA. Można też jako źródło swoich kwasów Omega-3 (EPA, DHA) wybrać coś co już je zawiera w postaci od razu gotowej, np. suplementy lub (rozwiązanie zalecane przez dietetyków) tłuste ryby morskie (niestety znajdziemy w rybach też niepożądane substancje jak np. metale ciężkie). Osobiście czerpię moje Omega-3 zoleju lnianego (jako dressing do sałatek albo jako pasta dr Budwig) oraz roślin zielonych, orzechów włoskich i siemienia lnianego,ryby jadam lecz raczej okazjonalnie (Wigilia, uroczystość rodzinna, wyjazd nad morze itp.).
Tutaj mała ściągawka odnośnie ryb:http://www.rybynapolskimrynku.pl/2010/10/substancje-niepozadane-w-rybach-morskich-i-hodowlanych/ Warto wziąć pod uwagę, że jest to portal rządowy, więc oczywiście nic nie przekracza „norm”: dla mnie dopuszczalną normą poziomu metali ciężkich czy trwałych zanieczyszczeń organicznych (w skrócie TZO lub POPs, Persistent Organic Pollutants) jest zero lub wartość zeru bliska, podczas gdy dla specjalistów od norm całkiem inna wartość.  Z drugiej jednak strony należy mieć świadomość, że nie żyjemy w szklanej bańce lecz w środowisku bardzo (własnymi rękami) zanieczyszczonym, ryby chcąc nie chcąc podzieliły nasz los, aczkolwiek my mamy też do dyspozycji różne narzędzia dane nam od natury, aby się przed zanieczyszczeniami bronić – spożywając świeże i nieprzetworzone pokarmy roślinne możemy np. związać i wydalić ze swojego ustroju metale ciężkie: truskawki wiążą rtęć podobnie jak chlorella, nasiona jabłek wiążą arsen (jedzmy jabłka, a także inne owoce z nasionkami!), spirulina wiąże uran, podczas gdy herbatka ze skrzypu lub kasza jaglana dzięki zawartości krzemu wiąże aluminium, a rekordzista czosnek potrafi związać kadm, rtęć i ołów. Podobnie witamina Czawarta choćby w surowej papryce wiąże metale ciężkie: ołów, rtęć, arsen, kadm i nikiel (dokładnie w tej kolejności). Dodatkowo kąpiąc się w zawierającej siarkę soli Epsom i spożywając źródła siarki (Wielka Piątka: czosnek, cebula, imbir, jajka i warzywa krzyżowe) sprzyjamy produkcji cząsteczek o nazwie metalotioneiny, czyli własnych jakby „gąbeczek” do wyłapywania i pochłaniania metali ciężkich. Synergicznie działają też obok siarki magnez, cynk oraz selen (L-selenometionina np. w orzechach brazylijskich), o których codzienny dowóz należy zadbać. Jak widać nie jesteśmy bezbronni,natura jest inteligentna i pełna rozwiązań, tylko należy umieć je wyszukać i na co dzień stosować.
- nawodnienie! Dieta to nie tylko jedzenie, to również picie. I to nie tylko w postaci wzmacniających odporność ziołowych herbatek czy świeżo wyciskanych z warzyw soków. Nic nie zastąpi bowiem zwyczajnie czystej wody. Zamiast zaczynać dzień od szklanki kawy czy herbaty „jak wszyscy”, zacznij dzień od wypicia szklanki czystej wody, a nawet dwóch (ew. wody ze świeżo wyciśniętym sokiem z cytryny). To z pewnością wyjdzie Ci na zdrowie. Dlaczego? Bo w nocy przez 8 godzin (to 1/3 Twojego życia) fizjologicznie pościsz – nic nie jesz ani niczego nie pijesz, jest to tzw. suchy post. Po takim suchym poście należy się bezwzględnie nawodnić. Nawodnić! A nie nakawić czy też naherbacić!  
Więc najpierw pierwsza rzecz po przebudzeniu sięgaj po wodę z rana, a potem jak chcesz to możesz wypić to na co masz ochotę, pod warunkiem, że nie zapomnisz o wodzie.
Krew składa się w 83% z wody, mózg 76%, płuca 90%, stawy, mięśnie też zawierają ją, a nawet kości (13-22%), przeciętnie składamy się w 70% z wody (z wiekiem coraz mniej). Pewien irański lekarz, Fereydoon Batmanghelidj (znany jako dr B.), odkąd odkrył przez przypadek, że wiele różnych dolegliwości ma związek z odwodnieniem – zanim przepisał jakiekolwiek leki, to aplikował pacjentom najpierw jedynie czystą wodę, każąc im się porządnie nawodnić. Bywało to tak skuteczne, że częstokroć potrzeby stosowania leków już nie było – ludzie czuli się lepiej tylko pijąc więcej (dużo więcej!) wody. Po prostu byli odwodnieni. Śmieszne? Może i tak, ale ten się śmieje kto się śmieje ostatni. Zanim polecisz z byle czym po byle co do lekarza – daj wodzie pokazać co potrafi, nawodnij się najpierw dobrze, bo być może Twoje ciało po prostu woła o wodę: dostało w życiu za dużo kawy, herbaty, coli, mleka, alkoholu, napojów gazowanych czy energetyzujących, a za mało życiodajnej wody. Badania jednoznacznie wskazują, że toksyny z używek (np. z tytoniu, kawy czy alkoholu) są o wiele mniej szkodliwe i zostają wydalone z ustroju o wiele szybciej gdy jesteśmy dobrze nawodnieni. Dr B. zalecał wypijanie 1-2 szklanki wody na każdą szklankę kawy, aby zneutralizować toksyczne i odwadniające działanie kawy. Ci co dużo imprezują wiedzą, że jeśli wraz z kolejnymi drinkami będą jednocześnie pić wodę, to uczucie kaca na drugi dzień będzie o wiele mniej ciężkie do przeżycia. Podobnie z „kacem papierosowym”.Wszystkie toksyny łatwiej organizmowi zneutralizować i wydalić gdy jest dobrze nawodniony. Wodę (a wraz z nią pochłonięte toksyny środowiskowe) wydalamy z siebie przez 24 godziny na dobę aż czterema drogami:
– płuca (w formie oddechu)
– skóra (w formie potu)
– nerki (w formie moczu)
– jelita (w formie stolca)
Więcej informacji na temat roli nawodnienia w powstawaniu wielu chorób znaleźć można na witrynie dra B. http://www.watercure.com/
Jedno jest pewne: jeśli czujesz pragnienie, to sygnał od Twojego organizmu, że odwodnienie jest już w trakcie (co najmniej 1 %). Organizm odwodniony staje się słaby i podatny na ataki z zewnątrz:układ odpornościowy jest mniej sprawny, zamiast bronić przed intruzami musi się skupić na zachwianej równowadze, kiedy to procesy biochemiczne nie przebiegają jak należy, wzrasta puls, możesz odczuwać niepokój lub rozmaite sygnały bólowe. Nie czekaj na tego typu oznaki, lecz na bieżąco staraj się zaopatrzyć ustrój zawsze w świeżą porcję wody. Możesz czasami do niej dodać listki świeżej mięty, odrobinę soku z cytryny, szczyptę witaminy C lub soli himalajskiej (szczególnie jeśli tracisz wodę np. podczas aktywności fizycznej, a więc i tracisz sód wraz z potem).
Ile pić? Tyle ile potrzebuje i woła Twój organizm. Na zapas nie da rady się napić. Przesada w drugą stronę też nie jest dobra. Najprościej można obliczyć swoje zapotrzebowanie dzieląc masę swojego ciała przez 30 (np. 90 kg:30=3 – taka osoba powinna pić 3 litry wody dziennie, z czego przynajmniej połowę powinna stanowić czysta woda, reszta to mogą być zupy, herbatki ziołowe, soki warzywne, owoce itd.). Jednak ta wartość może się zmieniać choćby w związku z porą roku (latem w upały pijemy nieco więcej, zimą nieco mniej) czy poziomem aktywności fizycznej.
Jaką wodę pić? Najlepszą jaką masz pod ręką. Ja osobiście używam wody kranowej, która jest całkiem dobrej jakości tu gdzie mieszkam. Używam filtra dzbankowego i wkładów wzbogacających wodę w jony magnezu. Nie kupuję wody butelkowanej, chyba że jestem np. w podróży i nie mam wyjścia.
- super-foods czyli super-pokarmy: warto je włączyć do swojego wzmacniającego odporność menu, ponieważ mają w sobie moc antyoksydantów. Kilka przykładowych pokarmów tego typu: siemię lniane, algi (chlorella, spirulina), kurkuma, kiełki, zielona herbata, sproszkowany korzeń maca, nasiona szałwii hiszpańskiej (chia), dary od pszczółek (miód, pyłek pszczeli, pierzga, mleczko, propolis, ziołomiody), owoce (jagody goji, acai, morwa biała, cytryniec chiński,  jagody inkaskie, kiwi, granaty, awokado, kokos itd.) kiełki, soki z traworaz tzw. zielona żywność czyli liofilizowane trawy (młody jęczmień, młoda pszenica) w postaci proszku luzem lub łatwych do użycia (np. w podróży) prasowanych „tabletek” . Doskonałym daniem w którym można przemycić rozmaite super-pokarmy są koktajle robione w  blenderze (tzw. smoothies). Napakowany rozmaitymi dobrociami smoothie potrafi mieć kilkaset kcal i być tak sycący, że śmiało może wystąpić w roli pełnoprawnego posiłku (np. śniadania).
2.  Suplementuj w razie potrzeby niedobory. Nawet jeśli Twoja dieta jest idealna – bogata w warzywa i owoce, nie zawiera przetworzonych pokarmów, ogólnie masz bardzo zdrowy tryb życia itd., to mogą zdarzyć się w życiu sytuacje, w których  nagle zapotrzebowanie na mikroskładniki odżywcze gwałtownie wzrośnie. Takie sytuacje to np. narażenie na ciągły stres (utrata pracy, rozwód, śmierć bliskiej osoby, niesnaski w pracy lub w domu, ciągły hałas, podróż, ślub, kłopoty z dziećmi, sprawy finansowe i wiele innych), trwająca akurat choroba (przewlekła lub ostra jak np. infekcja), przyjmowanie lekarstw jakiegokolwiek typu, przerwanie ciągłości tkanek (uraz, operacja chirurgiczna), narażenie na duże wahania temperatury (wyjątkowe zimno- wyjątkowe gorąco), większa niż zazwyczaj ekspozycja na toksyny środowiskowe (np. przebywanie w zadymionym pubie, w korku pośród spalin itp.), stosowanie używek(tytoń, kawa, alkohol, narkotyki) czy w końcu ciąża i karmienie. Jeśli zaś Twoja dieta oprócz tych czynników jest kiepska (przetworzona, mało wartościowa i/lub okradziona z cennych związków ochronnych), to tym bardziej  potrzebujesz suplementacji.
Najlepszym naturalnym suplementem witaminowo-minerałowym stosowanym przeze mnie na co dzień są świeżo wyciskane soki(warzywno-owocowe oraz soki zielone np. sok z trawy pszenicznej lub jęczmiennej). W świeżych sokach mamy całą gamę enzymów, witamin i minerałów, wspaniały pochodzący prosto z naturykoncentrat, który dzięki usunięciu utrudniającego wchłanianie błonnika dostaje się do naszego krwiobiegu w ciągu dosłownie w ciągu minut od spożycia i jest przyswajany o wiele lepiej niż wszelkie tabletkowe suplementy. Taka forma suplementacji jest najlepsza, bo czerpana wprost z natury. Prawdziwe cuda dla naszego zdrowia potrafi czasem zdziałać codzienna szklaneczka świeżego soku z marchewki (lub jeszcze lepiej marchewki z jabłkiem). Jeśli nie mamy w domu sprzętu do wyciskania to można je dostać w marketach, są oznaczone jako „soki jednodniowe”. Jeszcze lepszego kopa zdrowotnego dają soki wyciskane z zielonych części roślin. A to dlatego, że cząsteczka chlorofilu jest identyczna z cząsteczką naszej krwi, różni się jedynie centralnym atomem (żelazo dla krwi, magnez dla chlorofilu), zatem pijąc zielone soki robimy sobie dosłownie życiodajną „transfuzję”.
Jednak gdy z jakichkolwiek względów nie mamy w ogóle żadnej możliwości pić świeżo wyciskanych soków, to nie ma co marudzić i lepiej sięgnąć po gotowe suplementy (w kapsułkach, proszku, tabletkach, płynie) niż narażać ustrój na utratę równowagi biochemicznej z powodu niedoborów.  Witaminy i minerały czerpane z pożywienia, a także probiotyki mają tak szeroki margines bezpieczeństwa, że bardzo trudno zrobić sobie nimi krzywdę poprzez ich przedawkowanie. Gotowe preparaty łatwiej przedawkować, ale gdy mamy na myśli rozsądną suplementację, a nie niepohamowanenadużywanie suplementów, to również i w tym przypadku nie ma się czego obawiać.
Zasada numer jeden to NIE kierować się nigdy niezwykle niskimi wartościami RDA (tzw. zalecane dzienne spożycie) podanymi na opakowaniu, albowiem jak już wiemy – te wartości oznaczają MINIMALNE spożycie. Natomiast prawdziwe zapotrzebowanie, takie nasze osobiste zapotrzebowanie – jest zawsze bardzo indywidualne,zależne od wielu różnych zmiennych: diety, stylu życia, czynników środowiskowych i dlatego właśnie nie ma jednej miary zapotrzebowania na witaminy i minerały dobrej dla wszystkich jak również ulubione powiedzonko lekarzy akademickich „zróżnicowana dieta zapewnia nam zawsze wszystkie potrzebne składniki odżywcze w odpowiedniej ilości” może bardzo często w związku z tym niesłychanie daleko odbiegać od prawdy. Delikatnie mówiąc. 
Suplementy w gotowej formie mogą też przydać się w podróży lub na wyjeździe, kiedy to możemy nie mieć dostępu do „naszego” jedzenia i będziemy zmuszeni zaakceptować to co jest (czyli wszechobecną w sklepach i knajpach przetworzoną biedę z nędzą).
Jakie najczęściej niedobory mogą mieć miejsce?
– witaminy i minerały (najpopularniejsze: wit. A, B, C, D, E, magnez, cynk, chrom, selen, mangan, jod)
– probiotyki i prebiotyki
– kwasy tłuszczowe Omega-3
– błonnik
– pewne aminokwasy (np. nadmiar argininy w diecie sprzyja atakom wirusa opryszczki, na co remedium stanowi lizyna)
Gdy ciało ma niedobory ważnych dla niego substancji, to jego układ odpornościowy nie pracuje jak należy. Warto zatem być czujnym i nie przegapić sytuacji, w której dodatkowa suplementacja mogłaby nam się okazać potrzebna.
3. Stosuj wzmacniające odporność zioła, przyprawy i adaptogeny. Matka Natura nie poskąpiła nam tych cennych darów. Oto garść z nich (kolejność przypadkowa) – część z nich masz już nawet w swojej kuchni, a jest ich tyle, że każdego dnia możesz sięgnąć po inny. Dodaj szczyptę tu i szczyptę tam, co często nawet nie zmieni smaku potrawy, za to dostarczy cennych substancji. A zamiast kawy zaparz sobie ziołową herbatkę.
1. Zielona herbata (epigallokatechiny)
2. Kora cynamonowca (cinammomum verum)
3. Kurkuma (Curcuma longa) czyli ostryż długi (ciekawostka: kurkumina aktywniej wchłania się w połączeniu z piperyną zawartą w pieprzu czarnym)
4. Owoc kopru włoskiego (Foeniculi amari fructus)
5. Czosnek
6. Gingko Biloba (miłorząb japoński)
7. Herbatka z hibiscusa czyli róży chińskiej
8. Rumianek pospolity
9. Goździki (kwiat goździkowca)
10. Panax Ginseng (żeń-szeń koreański)
11. Ostropest plamisty (sylibum marianum)
12. Imbir (zingiber officinale)
13. Chrząstka rekina
14. Korzeń i ziele jeżówki purpurowej (echinacea purpurea)
15. Rozmaryn (rosmarinus officinalis)
16. Ganoderma lucidum czyli reishi (lakownica lśniąca, grzyb leczniczy)
17. Astragalus (korzeń traganka)
18. Uncaria Tomentosa czyli koci pazur, cat’s claw
19. Papryka wszelka (od słodkiej aż po cayenne, jalapeno czy habanero)
20. Pokrzywa zwyczajna (urtica dioica L.)
21. Pau d’arco  czy inaczej lapacho (tabebuia heptophylla)
22. Bazylia azjatycka (ocimum sanctum)
23. Tarczyca bajkalska (scutellaria baicalensis)
24. Kadzidłowiec (boswelia serrata)
25. Czystek (cistus incanus)

26. Oregano czyli lebiodka pospolita (origanum vulgare)
27. Czarny bez (sambucus nigra L.)
28. Rokitnik zwyczajny (hippophaë rhamnoides L.)
29. Herbata czerwona Rooibos z czerwonokrzewu afrykańskiego
 30. Ashwagandha czyli witania ospała, (withania somnifera, indyjski żeń-szeń)
31. Mniszek lekarski (taraxacum officinale) korzeń
32. Tymianek (thymus vulgaris)
33. Gorzknik kanadyjski (hydrastis canadensis)
34. Różeniec górski (rhodiola rosea L.) kłącze
35. Cytryniec chiński (shizandra chinesis)
36. Wąkrota azjatycka (centella asiatica) zwana też gotu kola
37. Żeń-szeń syberyjski – eleuterokok kolczasty (Eleutherococcus senticosus)
38. Aloes (aloe vera) liść
39. Jiaogulan herbatka (Gynostemma pentaphyllum) znana w Chinach jako „zioło długowieczności”
40. Korzennik lekarski czyli inaczej popularne ziele angielskie (Pimento officinalis)
Dla wyjaśnienia: adaptogeny to substancje pochodzenia naturalnego, zwiększające zdolność organizmu do przystosowywania się do zmiennych warunków środowiska (czyli wszelkiego typu stresu) bez wywoływania niepożądanych skutków ubocznych i bez wpływania na normalne funkcje fizjologiczne organizmu. Najbardziej znane i przebadane adaptogeny to żeń-szeń, różeniec górski, cytryniec chiński oraz miłorząb japoński. Niektóre zioła są dostępne w postaci kapsułek jako wyciągi, ekstrakty – to bardzo wygodna forma i można je zabrać ze sobą gdy jest się poza domem.
W przypadku ciąży i karmienia  należy zawsze skonsultować się z lekarzem zanim sięgniemy po zioła a nawet niektóre przyprawy (np. jałowiec, tymianek, lubczyk), ponieważ niektóre mogą mieć własności poronne. Dobry czas  na wzmacnianie odporności ziołami to czas PRZED zajściem w ciążę, a nie w jej trakcie czy podczas laktacji. Dlatego jeśli jesteś w wieku rozrodczym to dbaj o wzmacnianie swojej odporności ZANIM na teście pokażą się dwie kreski. Okres ciąży to dla układu odpornościowego spore wyzwanie, jednak na wzmacnianie go ziołami czy adaptogenami jest w tym czasie nie pora.
 4. Dbaj o wypoczynek, sen i produkcję endorfin. 
Niedosypianie to wróg zdrowia i młodości. Im bardziej masz ciało obciążone rozmaitymi niechcianymi substancjami (jak toksyny środowiskowe) tym więcej godzin snu potrzebujesz, a często nawet po przespaniu wielu godzin nie wstajesz wcale wypoczęty i rześki. Zapotrzebowanie fizjologiczne na sen zmniejsza się w miarę jak ciało tych niechcianych substancji się pozbywa. Po wstaniu jesteśmy zaś pełni energii, radośni i gotowi na czekające nas wyzwania. Tak –nawet w poniedziałek. Szczególnie w poniedziałek! :)
Detoksykacja myśli jest równie ważna dla prawidłowego funkcjonowania układu odpornościowego jak detoksykacja ciała. Należy zdać sobie sprawę z tego, że aby być zdrowym trzeba przestać produkować ciągle niepotrzebnie (i na własne życzenie)  obniżające odporność adrenalinę i kortyzol. Mechanizmy ich produkcji zostały stworzone aby nas uchronić przed zgubnymi skutkami napotkania na swej drodze czegoś, co mogłoby pozbawić nas życia. Czy niezapłacenie w terminie rachunku za prąd pozbawi nas życia? Nie, ale stresując się tym produkujemy adrenalinę i kortyzol, bowiem nasz ustrój nie rozróżnia napotkania wilka w ciemnym lesie od niezapłacenia na czas rachunku, nie rozróżnia nawet WYOBRAŻENIA o wydarzeniu od REALNIE mającego miejsce wydarzenia. Tak czy inaczej produkuje adrenalinę i kortyzol, bo taki ma program do wykonania: tak jak Twój komputer gdy naciśniesz już ikonkę pracy np. w Wordzie czy Excelu i po pół sekundy się rozmyślisz, że to nie o to chodzi – najpierw niestety musisz grzecznie poczekać aż program się otworzy (halo! już nacisnąłeś guzik!) a dopiero POTEM możesz go zamknąć. Więcuważajmy jakie guziki naciskamy i NIE naciskajmy tych, które będą nam produkowały adrenalinę i kortyzol gdy nie ma zagrożenia dla naszego życia. Te hormony paraliżują nasz układ odpornościowy (gdy sygnał brzmi „uwaga, zagrożenie życia!”, to kwestia ochrony przed chorobami staje się w tym momencie dla niego drugorzędna) i jesteśmy całkowicie wtedy bezbronni wobec chorób.
Zamiast tego produkujmy wzmacniające naszą odporność endorfiny!  Naukowcy obliczyli, że 1 minuta gniewu (złości, strachu lub innej negatywnej emocji) paraliżuje nasz system odpornościowy na około 6 godzin! Za to 1 minuta szczerego śmiechu WZMACNIA pracę układu odpornościowego na najbliższe 24 godziny. Super, prawda? A kiedy to było ostatnio gdy śmiałeś się do rozpuku nieprzerwanie przez calutką jedną minutę? A widzisz  To włącz ten filmik i na zdrowie:




Każdego dnia uwalniaj tyle endorfin ile zdołasz! Pomocne będą: muzyka, śpiewanie, dobre stare komedie, aktywność fizyczna, taniec, skakanie na trampolinie, opowiadanie dowcipów i wszelka działalność sprawiająca Ci przyjemność. Jeśli już nic innego nie przychodzi Ci do głowy wykonaj ćwiczenie Bezwarunkowej Wdzięczności opracowane przez Fabio Marchesi, autora książki „Entusiasmologia”: usiądź prosto, rozluźnij się, weź dwa głębokie oddechy oraz rozciągnij usta w uśmiechu myśląc o czymś bardzo przyjemnym (ale nawet jak masz akurat „doła”, nie szkodzi – to może być nawet sztuczny uśmiech) i zacznij powtarzać rytmicznie i powoli słowo „dziękuję”, wsłuchując się w nie uważnie i rozumiejąc jego znaczenie. Następnie zarejestrujesz taki fakt: Twój umysł prawdopodobnie przez chwilę „stanie dęba” nie rozumiejąc co się dzieje, ale za moment posłusznie sam zacznie wyszukiwać COKOLWIEK za co możesz odczuwać wdzięczność i dziękować. Nawet za to, że po prostu jesteś, za to że żyjesz, że oddychasz i że się uśmiechasz w tym momencie!  Będziesz mógł odczuć jak stopniowo zalewa Cię fala endorfin, a jeśli uśmiech z początku był sztuczny, to zamieni się w prawdziwy, a niewykluczone, że ćwiczenie zakończysz salwą zdrowego, uwalniającego śmiechu. A gdy w żyłach płyną endorfiny to nie ma miejsca na stres, mamy więcej pozytywnej energii do działania i jesteśmy milsi dla samych siebie jak również dla innych. 
Inspirująca Scarlett O’Hara z „Przeminęło z Wiatrem”, zwykła mówić: „Nie chcę o tym teraz myśleć. Jeżeli zacznę o tym myśleć teraz, będę się musiała martwić. Nie ma powodu, aby sprawy nie miały się ułożyć tak, jak tego chcę (…)”. Bierzmy przykład ze Scarlett. Nie można żyć całkowicie bez stresu, ale zawsze można nauczyć się zmniejszyć go do minimum. Po co dopuszczać do marnotrawstwa zasobów kiedy nie ma ku temu najmniejszej potrzeby? Najlepiej więc przyjąć sobie jedną zasadę: będę się martwić dopiero wtedy gdy przyjdzie na to czas, ale na pewno nie TERAZ. W większości przypadków okaże się, że ten czas martwienia się nie przychodzi nigdy, ponieważ po drodze zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie. A my w międzyczasie zajmijmy się produkcją wzmacniających naszą odporność endorfin 
5. Wyrzuć z domu złodziei. Nawet gdy się tak pięknie do Ciebie uśmiechają, tak dobrze im z oczu patrzy i kuszą, oj jak kuszą – nie i już, a sio!  Przede wszystkim cukier (biały i „zdrowszy” brązowy) oraz wszystko co rafinowany cukier zawiera: jedna łyżeczka cukru wstrzymuje aktywność systemu odpornościowego na przeszło godzinę. Ile łyżeczek cukru jest w jednym batoniku? Przez ten czas jesteś praktycznie bezbronny, wystawiony na działanie wszelkich patogenów. Jeden zdrowy fagocyt jest w stanie zniszczyć ich średnio 14, zaś odurzony cukrem (lub alkoholem) tylko jednego. Nie mówiąc o tym, jak słodycze (i wszystko inne co zawiera dodany cukier) działają nie tylko na nasz system odpornościowy, ale też i na wszystkie inne nasze narządy i funkcjonowanie całego systemu, wszystkie reakcje biochemiczne zostają sponiewierane okrutnie:http://www.akademiawitalnosci.pl/10-sposobow-rujnowania-twojego-zdrowia-przez-cukier/
Dalej: wszelkie puste węglowodany, rafinowane mąki i przetwory z nich, rafinowana sól, rafinowane oleje oraz wykonane z ich użyciem smażeniny, kupne lody, naszpikowane chemią i antybiotykami mięsa, nabiały i wędliny,  wszelkiego typu  używki, syntetyczne słodziki i inne „polepszacze” oraz wyroby przemysłu farmaceutycznego czyli leki (również te bez recepty, dostępne  w każdym kiosku).  To wszystko kradnie nam naszą odporność w mniejszym lub większym stopniu.
Niestety nie ma czegoś takiego jak „umiar” w spożywaniu trucizn. Jak powiedział dr Esselstyn „moderation kills” czyli umiar zabija (a ja się z nim zgadzam). Nie można na to przymykać oczu tylko dlatego, że dzieje się to tak powoli, że praktycznie niezauważalnie.
6. Regularnie sprzątaj wnętrze. Sprzątanie (o czym każda doświadczona gospodyni domowa wie) aby było skuteczne musi odbywać się według dwóch zasad:
– regularnie
– według ściśle określonej hierarchii aby nie narobić sobie więcej pracy.
Niestety żyjemy w czasach kiedy większość osób sprząta swoje środowisko jedynie zewnętrzne, kompletnie nie mając pojęcia o tym, iż sprzątać należy również swoje środowisko wewnętrzne czyli (od środka) swoje ciało („jedyne miejsce jakie masz do życia” jak zwykł mawiać Jim Rohn).
Mamy jak już wiemy 4 drogi którymi ciało usuwa niebezpieczne dla niego toksyny:
– płuca
– skóra
– nerki
– jelita
Otwieraj je wszystkie cztery codziennie. Otwieraj je szeroko i nieskrępowanie. Dbaj też o to, aby Twoje filtry pracowały prawidłowo, a mamy ich trzy:
– wątroba
– nerki
– system limfatyczny
Jeśli ktoś objada się całe życie ciężkimi i/lub pełnymi chemii pokarmami, nie wypija wystarczająco dużej ilości czystej wody i przy tym nie uprawia żadnej aktywności fizycznej (będącej jedynym sposobem poprawiającym pracę układu limfatycznego) a do tego nie dosypia, płytko oddycha i jest wiecznie niezadowolony z życia i zestresowany, to czego może się spodziewać? Ja już wiem czego, bo sama kiedyś tak żyłam. I tym czymś była powolna degradacja mojego zdrowia i niezwykle niska odporność. Nie polecam.
Częściowo natura nas chroni sama – zobaczmy jak wygląda nasz rytm dobowy: pomiędzy każdym kolejnym posiłkiem włączane są procesy mikroautofagii (eliminowania mniejszych elementów komórki). Kiedy jemy organizm zajęty jest trawieniem (tym intensywniej i dłużej – im cięższy, bardziej skomplikowany molekularnie i im bardziej przetworzony jest dostarczony pokarm), zaś kiedy nie jemy (mamy przerwę pomiędzy jednym posiłkiem a drugim) zajmuje się on między innymi robieniem porządków w organellach swoich komórek. Aż do następnego posiłku, który dostarcza kolejną porcję materiału do przerobienia, strawienia i przeprowadzenia na nowo dostarczonym materiale szeregu operacji metabolicznych.
Każdej doby fizjologicznie pościmy (i to całkowicie, czyli na sucho) co najmniej przez 8 godzin snu. Większość ludzi twierdzących, że „post jest rzeczą szkodliwą” nie zdaje sobie sprawy z tego, że przecież już i tak pościmy – każdej nocy właśnie. Każdej nocy nie jemy i nie pijemy przez ok. 8 godzin. Całkowicie bez szkody dla zdrowia, a nawet wręcz przeciwnie. W zasadzie 1/3 naszego życia poświęcona jest FIZJOLOGICZNIE na to aby pościć. I odpoczywać.Bez postu i odpoczynku trwającego 1/3 doby nie pożylibyśmy długo – organizm nie miałby szans na regenerację.
Instynktownie pościmy też (i więcej śpimy!) podczas wysokiej gorączki: wtedy stery przejmuje sama natura, która bez konsultacji z nami wyłącza nam ośrodek głodu by nie napytać sobie w tym momencie niepotrzebnej roboty, bo wie, że w tym akurat momencie musi zmobilizować wszystkie swoje zasoby na walkę z patogenem i ze stanem zapalnym, zatem poświęcanie czasu na czynności związane z trawieniem i metabolizowaniem dostarczonego pokarmu byłoby niewybaczalnym marnotrawstwem zasobów. Czy zauważyliście, że wszelkie procesy występujące w naturze charakteryzują się unikaniem marnotrawstwa zasobów? Podobnie czynią chore zwierzęta: kładą się w odosobnieniu i nie przyjmują pokarmu, wypoczywają pozwalając naturze wykonać swoją robotę. Tylko wśród ludzi przyjęło się dokarmiać chorych na siłę, wbrew ich fizjologicznemu brakowi apetytu, często wciskając im na przykład „mięsko, które daje siłę”. To najgorsza rzecz, jaką można zrobić choremu, który fizjologicznie utracił apetyt pod wpływem wysokiej gorączki.
Mamy na chwilę obecną sporo badań naukowych potwierdzających to, o czym mówią stare księgi we wszystkich systemach religijnych na naszej planecie: ograniczenie kaloryczne (krótko mówiąc post) przedłuża życie i poprawia jego jakość – ogranicza rozwój nowotworów, cukrzycy, chorób serca i generalnie wszelkich chorób określanych mianem „cywilizacyjnych” jak i polepsza najważniejsze wskaźniki fizjologiczne zdrowego organizmu oraz jak wskazują badania – spowalnia (a nawet cofa) procesy starzenia. Post jednym słowem to najstarszy lek na świecie. Jeden z najskuteczniejszych, a już na pewno najtańszy.
Wiemy już, że aby można było mówić o poście (a nie jedynie niskokalorycznej diecie) dowóz kalorii musi być poniżej 800 kcal na dobę. Post nie jest jednak „dietą 800 kcal”, jest postem i ma swoje wymagania. Podczas postu można pić wodę (post wodny), soki warzywne (post sokowy) lub nawet jeść  starannie dobrane warzywa i owoce (post Daniela warzywno-owocowy), co pozwala wyłączyć ośrodek głodu w podwzgórzu, przejść na odżywianie endogenne oraz zainicjować w pewnym momencie wzmożone procesy autofagocytozy: komórki robią sobie wtedy wielkie sprzątanie, usuwając elementy stare, obumarłe, niepotrzebne lub zużyte, w celu zapobiegania jej całkowitej degradacji.
Przyjmuje się, że na post (w takiej lub innej formie) i odpoczynek (w takiej lub innej formie) można przeznaczyć jednym ciągiem bez przerwy około 6 tygodni (40 dni) bez szkody dla zdrowia (a nawet wręcz z korzyścią). Po tym czasie mogą już wystąpić objawy niedożywienia i post przestaje spełniać swoją rolę, a staje się faktycznie „szkodliwą rzeczą”. Te 40 dni to raczej umowny okres, ponieważ zależy on od wielu indywidualnych czynników. Każdy post dłuższy niż kilka dni wymaga szczególnej uwagi w momencie jego zakończenia (wychodzenia z niego), aby nie zniszczyć naszego wysiłku rzuceniem się na pokarmy niewłaściwe doprowadzając do tzw. syndromu ponownego odżywienia (refeeding syndrome), który może stanowić poważne zagrożenia dla zdrowia i życia. Długie posty w związku z tym (dłuższe niż kilka dni) należy przechodzić pod okiem lekarza (najlepiej fastoterapeuty). Jednak już nawet posty jednodniowe przynoszą korzyści zdrowotne.
Chrześcijanie pod koniec I w. zachowywali post ścisły dwa razy w tygodniu: w środę, na pamiątkę zdrady Jezusa przez Judasza, i w piątek, w dniu Jego śmierci. Potem przez całe wieki już tylko w piątek zachowywano post o suchym chlebie i wodzie (pamiętam, że robiła tak jeszcze moja babcia, która dożyła we względnym zdrowiu niemal 90-tki) , a dzisiaj – w wersji sugerowanej przez obecny kodeks prawa kanonicznego post ścisły oznacza spożycie w ciągu dnia jednego posiłku do syta i dwóch niepełnych, przy powstrzymaniu się od spożycia mięsa. Z punktu widzenia fizjologii to już nie jest żaden post. 
Z pokolenia na pokolenie efekty takiego poluzowanego podejścia widać niestety po przepełnionych przybytkach związanych z pracą służby zdrowia i rosnącej jak grzyby po deszczu ilości kolejnych otwieranych w każdym mieście aptek. Zanieczyszczenia środowiskowe wzrastają, a nasze organelle mają do dyspozycji niezmiennie jedynie 8 godzin podczas snu na sprzątanie (i to w wersji okrojonej), co jest w takiej sytuacji stanowczo za mało – nie dajemy im szans na zrobienie konkretnych porządków. A jednocześnie dostarczamy (chcąc nie chcąc) rozlicznych toksyn środowiskowych wraz z powietrzem, wodą, pożywieniem, przedmiotami codziennego użytku, kosmetykami i tzw. chemią gospodarczą, w dużo większej ilości niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu robili to nasi dziadkowie. Dodatkowo  osłabiamy codziennie nasze komórki działaniem promieniowania z używanych przez nas kolejnych nowoczesnych urządzeń (komórki, komputery, mikrofalówki, telewizory itd.). Czy można się zatem dziwić, że naukowcy ostrzegają przed nachodzącym „tsunami nowotworów”? Ale my nie jesteśmy przecież bezbronni, zostaliśmy przez naturę wyposażeni w odpowiednie narzędzie do zapobiegania chorobom i tym narzędziem jest sprawnie funkcjonujący układ odpornościowy. Aby jednak pracował on sprawnie musi pracować w czystym i uprzątniętym ze śmieci środowisku – podobnie jak Ty chcesz mieszkać w czystym i uprzątniętym ze śmieci domu.
Zjawisko autofagii odgrywa jak podkreślają naukowcy bardzo ważną rolę w mechanizmach odporności nabytej oraz wrodzonej. Dlatego jeśli mamy mówić o odporności z prawdziwego zdarzenia, patrząc pod kątem zarówno naszego  indywidualnego zdrowia jak i zdrowia przyszłych pokoleń zrodzonych z naszego (mniej lub bardziej zatrutego) ciała, to nie wolno nam zapominać o tym aby zachować dla potomności praktykę regularnego postu. Najlepiej na początek w wersji fizjologicznie najmniej kłopotliwej czyli warzywno-owocowej, która nie tylko oczyści i zalkalizuje, ale i uzupełni ewentualne niedobory – jeden dowolnie wybrany dzień w tygodniu na samych warzywach i owocach do wyboru surowych, gotowanych lub pół na pół (bez stosowania używek, mięsa, produktów zbożowych, nabiałowych, roślin strączkowych, wysokoskrobiowych części roślin i dodanego tłuszczu lub cukru) to absolutne minimum. Nasz organizm zmuszony do życia w nowoczesnym zchemizowanym do granic możliwości środowisku z pewnością nam się za to odwdzięczy (po odcierpieniu ewentualnych oznak kryzysów ozdrowieńczych, ma się rozumieć).
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o zdrowotnych korzyściach płynących z postu – koniecznie wysłuchaj wykładu fachowca w temacie, dr Ewy Dąbrowskiej: http://www.akademiawitalnosci.pl/5-mitow-na-temat-postu-i-cenny-wyklad-fachowca-dr-ewy-dabrowskiej/
7. Aktywność fizyczna. W świetle wszystkiego co powyżej teraz już chyba rozumiesz dlaczego aktywność fizyczna na każdym poziomie buduje zdrowie i odporność? Tej sprawy nie wolno pod żadnym pozorem zaniedbywać. Wszystko co żyje znajduje się w ruchu, wszystko co martwe nie porusza się. To takie proste! Aby zdrowo żyć musisz nie tylko zdrowo jeść, pić wodę, dbać o regularność odpoczynku ale i ruszać się.
Poprzez aktywność fizyczną uruchamiasz pocenie się, czym oczyszczasz swój organizm, bo wraz z potem usuwa on przez skórę również substancje mu zbędne, które się do wnętrza mogły dostać ze środowiska. Pobudzony zostaje też układ odpornościowy (ale tylko do pewnego momentu, bo już zbyt intensywna aktywność fizyczna  może spowodować skutek odwrotny, czyli stanowić dla układu odpornościowego obciążenie zamiast go wspierać).
Ruch może zastąpić niemal każdy lek, ale żaden lek nie zastąpi ruchu!
Nie lubisz ćwiczyć? Cóż, ja też nie lubię ćwiczyć, ale jeszcze bardziej nie lubię być chora, zamulona i ociężała. Wybierz to co sprawia Ci autentyczną przyjemność. Nie sztuka nakupować sobie drogich urządzeń sportowych aby się potem po kątach kurzyły. Ruch można uprawiać nawet bez nich. Zacznij od czegoś małego aby się nie zniechęcić: 5 minut marszu żwawym krokiem a nie od razu godzinę, 10 przysiadów na początek i codziennie zwiększaj itd.. Najtrudniej jest zacząć, potem już jest z górki i organizm sam będzie chciał się ruszać, będzie sam Ciebie o tą swoją codzienną dawkę ruchu prosił i będzie się czuł kiepsko gdy jej nie dostanie. To tak jak z jedzeniem warzyw czy piciem wyciskanych z nich na świeżo soków: na początku mogą nie wzbudzać pożądania, ale gdy już regularnie zaczniesz je stosować, to pod ich wpływem zaczynasz się czuć tak świetnie, że już nawet patrząc na te wszystkie kolorowe dobroci w warzywniaku na sam widok ślinka cieknie 
Pamiętajmy też, że nasz układ krwionośny ma pompkę i jest nią serce. Natomiast tak ważny dla odporności układ limfatyczny takiej pompki nie posiada. Najlepszą formą utrzymywania limfy w ruchu jest właśnie ruch. Zalecane w tym celu formy aktywności to skakanie na trampolinie oraz spacery (krokiem rytmicznym czyli marsze, może być też Nordic Walking czyli z kijkami, ale może być też i bez kijków normalny marsz). Dbaj REGULARNIE o swój system limfatyczny, a zobaczysz sporą różnicę na plus w funkcjonowaniu swojego całego układu odpornościowego.
8. Pokochaj słońce. Tak jak wszystkim organizmom żywym na tej planecie od roślin i zwierząt aż po człowieka – do życia i zdrowia oprócz pożywienia, powietrza, wody, ruchu i wypoczynku potrzebne jest światło. Na temat znaczenia światła słonecznego i produkowanego pod wpływem jego działania w naszym organizmie hormonu (zwanego witaminą D) pisałam już obszernie w tym artykule:http://www.akademiawitalnosci.pl/witamina-d-brakujacy-kawalek-twojej-ukladanki-zdrowia/
Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną rzecz: wszystko to co potrzebne nam do zdrowego życia (woda, powietrze, ruch, słońce, sen i odpoczynek) w odpowiedniej dawce buduje naszą odporność, ale w  dawce zbyt dużej lub zbyt małej w stosunku do aktualnego zapotrzebowania – tę odporność nam osłabia. Te same zasady dotyczą słońca: zbyt mało jest niezdrowo równie mocno jak zbyt dużo. Podobnie jak z jedzeniem: za mało jedzenia (jego niedobór poza okresami świadomie prowadzonego postu) jest równie niezdrowe jak codzienne przejadanie się. Za dużo wypoczynku jest równie niezdrowe jak za mało. Za dużo ruchu (zbyt intensywny) jest równie niezdrowe jak za mało.
Natura charakteryzuje się pięknem, harmonią i równowagą, dlatego należy zawsze czynić starania aby zachowywać równowagę idostosowywać się do aktualnego zapotrzebowania na potrzebne nam do zdrowego życia czynniki. Nawet o nasze domowe rośliny doniczkowe dbamy w ten sposób – wiemy, że za mało wody będzie dla nich równie szkodliwe jak za dużo. Dotykamy ziemi aby to sprawdzić, kupujemy im odżywki i przestawiamy w bardziej lub mniej nasłonecznione miejsce aby lepiej rosły. Róbmy dla nas samych co najmniej tyle, ile robimy dla naszych domowych roślin doniczkowych! 
9. Unikaj toksyn środowiskowych. Nie jest to co prawda w dzisiejszym zchemizowanym świecie takie proste, ale zawsze starajmy się choćby wybierać mniejsze zło. Nie tylko zadbamy tym o nasze zdrowie, ale i kieszeń. Wiele środków typu kosmetyki czy chemia domowa może być z powodzeniem zastąpionych nietoksycznymi substancjami. Sprzątanie można zrobić w domu z użyciem dwóch substancji: jednej substancji o odczynie kwasowym (np. ocet albo płyn enzymatyczny ze skórek po cytrusach) i jednej o odczynie zasadowym (soda oczyszczona kuchenna, spożywcza). Te dwie substancje przydadzą się też do usunięcia z warzyw i owoców ewentualnych pozostałości po użytych środkach ochrony roślin jak też i bytujących na skórce drobnoustrojów:http://www.akademiawitalnosci.pl/jak-szybko-i-tanio-usunac-pestycydy-z-warzyw-i-owocow/
Z pewnością warto unikać wszystkiego tego, co zawierać może substancje ksenobiotyczne (nie występujące naturalnie  naszym ustroju):
– puszki (ich wnętrze pokryte jest białym tworzywem zawierającym BPA)
– plastiki
– konwencjonalne kosmetyki
– konwencjonalne środki czystości
– aluminium
– większość dodatków do żywności (szczególnie syntetyczne słodziki, aromaty i barwniki)
– leki (na receptę czy bez – powinny być stosowane tylko w razie konieczności lub wtedy gdy zawiedzie wszystko inne)
– środki antybakteryjne, szczególnie triclosan
– trwałe zanieczyszczenia organiczne (TZO czyli POPs) – są to toksyczne substancje które dostały się do środowiska w wyniku działalności człowieka, są one rozpuszczalne w tłuszczach i podlegają bioakumulacji czyli są odkładane w naszej tkance tłuszczowej (a także w tkance tłuszczowej innych organizmów żywych, które człowiek zjada). Wiele z tych substancji ma zdolności zaburzające funkcjonowanie układu hormonalnego (ang. endocrine disrupters), co tłumaczy epidemie wielu chorób, kłopotów par z libido i płodnością czy też przyspieszonego obecnie dojrzewania dzieci.
Pozbycie się nadmiaru tkanki tłuszczowej konwencjonalną „dietą niskokaloryczną” czyli za pomocą żywności bogatej w TZO nie zawsze jest ostatecznie najbardziej optymalnym rozwiązaniem, ponieważ pozwala na dalsze przetrzymywanie TZO w pozostałej tkance tłuszczowej. Jednak pozbycie się JEDNOCZEŚNIE tkanki tłuszczowej RAZEM z zalegającymi w  nich TZO (czyli oczyszczenie na poziomie komórkowym, tak jak to się dzieje podczas postu np. warzywno-owocowego w połączeniu z uwalnianiem toksyn wszystkimi czterema drogami) pozwala na osiągnięcie celu skuteczniej i na stałe. Żadna konwencjonalna niskokaloryczna dieta nie dała mi tyle ile właśnie oczyszczenie mojego wnętrza ze starych, uzbieranych latami toksycznych śmieci ;)
Najskuteczniejszym sposobem na utrzymanie stanu zdrowia i odporności jaki znam (i osobiście zastosowałam na sobie) jest właśnie zminimalizowanie kontaktu z TZO poprzez m.in. spożywanie jako podstawę diety pokarmów roślinnych (w miarę możliwości uprawianych organicznie) oraz zminimalizowanie lub wyłączenie na co dzień z diety pokarmów pochodzących od zwierząt (szczególnie tych hodowanych przemysłowo), będących ostatnim ogniwem w łańcuchu pokarmowym (zanim połknie je człowiek). Z tych pokarmów bowiem nie mamy możliwości usunąć TZO np. poprzez płukanie itd. jak to ma miejsce w przypadku pokarmów roślinnych. W porównaniu z roślinami zawierają one też dużo mniej substancji, które mogłyby działać ochronnie i/lub równoważyć negatywny wpływ TZO.
10. Unikaj źródeł promieniowania. Jak już pisałam w poprzednim artykule – nowoczesność jest fajna i potrafi ułatwiać życie, jednak należy obchodzić się z jej wytworami na tyle umiejętnie, aby sobie jak najmniej zaszkodzić. Zachwyciliśmy się naszymi telefonami komórkowymi, naszymi laptopami, komputerami, kuchenkami mikrofalowymi i innymi urządzeniami np. bezprzewodowymi, cyfrowymi, zarówno tymi domowymi jak również tymi wykorzystywanymi w diagnostyce medycznej.
Jednocześnie już w 2011 roku WHO uznało niejonizujące promieniowanie elektromagnetyczne jako potencjalnie rakotwórcze. Lekarze biją na alarm: żyjemy w elektromagnetycznej zupie. Trzymajmy więc od siebie najdalej jak to możliwe urządzenia emitujące promieniowanie (np. komórkę w torebce, a nie na smyczy na szyi), chrońmy przed nimi szczególnie swoje dzieci oraz codziennie spożywajmy pokarmy posiadające potwierdzoną wartość ochronną.
Wtedy gdy tylko to możliwe dotykajmy naszej Matki Ziemi bosymi stopami. Wspaniałym ćwiczeniem jest pocieranie bosymi stopami o ziemię (trawę, piasek na plaży) w taki sposób jak to robimy wycierając o wycieraczkę obuwie przed wejściem do domu. Już 1-2 minuty takiego ćwiczenia spowodują odczucie miłej błogości. Jest to tak zwany grounding lub inaczej earthing inaczej mówiąc „uziemianie”. W końcu jesteśmy „istotami elektrycznymi”, a nasze ciało przypomina jedną wielką baterię, zaś ziemia jest naładowana elektronami :) Napiszę o uziemianiu szerzej wkrótce. Jeśli ktoś chce już teraz dowiedzieć się czegoś więcej na temat uziemiania, to polecam książkę „Uziemienie. Jak czerpać zdrową energię z ziemi”, autorzy Clinton Ober, Martin Zucker i dr Stephen T. Sinatra. Bardzo dużo informacji znajdziecie też na witrynie autorów (w jęz. ang.):http://www.earthing.com
Naukowy wkład w zgłębianie wiedzy na temat wpływu uziemiania na proces homeostazy ludzkiego organizmu (a im więcej homeostazy czyli równowagi, tym lepiej działa nasz strażnik zdrowia czyli układ odpornościowy) posiadają także nasi polscy naukowcy: Karol i Paweł Sokal. Więcej informacji na temat badań w tym obszarze znajdziecie na witrynach:
oraz
PODSUMOWANIE:
Czy jadąc kiedyś autostradą zastanawialiście się jakie auta Was mijają? Są auta całkiem nowe, są starsze modele nieco mniej sprawne, są całkowite graty ledwo się poruszające a może się i trafić widok całkiem niezwykły: lśniący  i sunący z niezwykłą klasą model sprzed pół wieku lub więcej. Który z nich kosztuje najwięcej?Oczywiście najbardziej wartościowy ten ostatni – utrzymane w nienagannym stanie modele vintage potrafią osiągać zawrotne ceny i kosztować sporo więcej niż nawet najnowszej generacji współczesne auta. Dlaczego? Bo inne sztuki z tego rocznika już dawno wylądowały na śmietniku, podczas gdy on miał szczęście trafić na właściciela, który nie tylko go używał, ale też i go kochał.
Bądź dobrym i dbającym właścicielem swojego ukochanego organizmu. Pamiętasz, że jest on jedynym miejscem, jakie masz do życia? Tylko od Ciebie zależy czy w miarę upływu czasu staniesz się rozsypującym się i przeżartym rdzą starym rupieciem czy też wzbudzającym zachwyt swoim wyglądem i sprawnością wyjątkowo dobrze utrzymanym modelem vintage. Silny, zadbany i na bieżąco konserwowany system immunologiczny stojąc na straży naszego dobrostanu wykona zawsze pracę do której został stworzony przez naturę: uchroni nas od wszystkich chorób – od kataru aż po raka.
Czego Wam wszystkim z całego serca życzę. Dbajcie o siebie!