Nie wszystkie treści z opublikowanych artykułów, odzwierciedlają poglądy admina..

STRONA TA ZOSTAŁA ZAŁOŻONA W CELU PROPAGOWANIA ZDROWEGO STYLU ŻYCIA I ODŻYWIANIA. NIECH MOJE BEZINTERESOWNE DZIAŁANIE PRZYSPORZY KORZYŚCI JAK NAJWIĘKSZEJ LICZBIE LUDZI I ZWIERZĄT. BO ZDROWIE SIĘ TYLKO TAKIE MA JAK SIĘ O NIE ZADBA.

wtorek, 21 lutego 2017

7 głównych paliw dla ognia raka

Breast Cancer Bands 2

7 głównych paliw karmiących ‚ogień’ nowotworowy i mutujących komórki rakowe.

a
Rak to nie choroba, a raczej zaburzenie komórkowe, kiedy one w niekontrolowany sposób mutują się i mnożą. To dlatego rak nie jest zakaźny, oprócz HPV, bo to jest wirus, a nie zaburzenie komórkowe.
Nie jest ważne czy wierzysz w „spiski” czy nie, bo faktem jest, że amerykańska żywność jest zinżynierowana i przetworzona tak żeby wywoływać raka, i na wiele więcej sposobów niż jeden. Jest definitywny powód dlaczego 1 na 3 Amerykanów choruje na raka, podczas gdy 100 lat temu nie chorował na niego nikt w Ameryce.
Czy zacząłeś się zastanawiać nad tym dlaczego „poszukiwania leku” to jedno wielkie oszustwo? Na pewno chciałbyś żeby twoje dotacje pomagały, ale nie pomagają. Różowe wstążeczki to tylko mini-plakaty przedstawiające wymyślone przez miliarderów plany Ponzi, którzy chcieli podwoić i potroić swoje bogactwo. Chcesz zapobiec i leczyć raka? Przestań konsumować chemikalia, powiedz o tym swoim przyjaciołom, rodzinie, sąsiadom i współpracownikom. Tak, to jest tak proste.

Rak to ‚ogień’ wymagający paliwa

Pokażmy to przy pomocy metafory. Wyobraźmy sobie raka rozpoczynającego się tak jak palący się suchy krzak na suchym polu obok lasu w słoneczny dzień, kiedy jest bardzo słaby wiatr. Ten ogień wymaga paliwa żeby się palił i powiększał. Wykorzysta suche krzewy, i kiedy podniesie je wiatr, poszerzy się szybciej. Podejdziesz do ognia i część ugasisz, to będzie się palił i tak (porównaj z chirurgią guzów). Najlepszym paliwem dla raka jest konsumpcja chemikaliów, więc jeśli dolejesz benzyny, oleju albo nawet alkoholu, szybko się rozrośnie (pomyśl o GMO, uwodornionych olejach, słodzikach i przetworzonym cukrze). Prostym rozwiązaniem jest wyeliminowanie wymaganego przez ogień paliwa, i wtedy mały ogień zgaśnie, nigdy nie stanie się pożarem lasu, i nie będzie potrzeby wzywać straży pożarnej, samolotów itd.  (pomyśl tu o chirurgii, naświetlaniach i chemioterapii). Zabij paliwo i zabijesz raka. Kropka.
Musisz wiedzieć, że rak rozpoczyna się w komórkach, a komórki wysyłają sygnały do kontroli jak często się dzielą. Chemikalia w żywności, napojach, lekach i chemioterapii wysyłają wadliwe sygnały i niszczą inne, ułatwiając komórkom nadmierne mnożenie się, i to rozpoczyna powstanie guza. I wtedy zaczyna się rak – w pierwotnym guzie. To jak ten pożar suchego krzewu. Wchodzi chirurg i wycina małą część tego „palącego się krzewu”, i co dzieje się kiedy na pozostałą część polejesz paliwo? Widzisz co się dzieje? Nowotworowy kompleks przemysłowy to wie.
Kiedy chemikalia zmieniają geny komórek, występuje mutacja genów. To wtedy geny komórek ulegają uszkodzeniu albo kopiowaniu. Zanim normalna komórka stanie się komórką rakową, musi być kilka tych mutacji, co najmniej sześć. Można mieć nadmiar białka żeby doprowadzić do zbyt częstego podziału komórek, albo można mieć nienormalne białka i zmutowane geny które mówią komórkom by się nie dzieliły. To dlatego tak niebezpieczna jest konsumpcja żywności GMO. Naukowcy wszczepili w produkty geny toksycznych roślin i insektów żeby zabijać owady, robaki, zwierzęta, i, tak, ludzi.
Poniżej 7 głównych „paliw” karmiących raka i mutujących większą liczbę komórek:
1. Fluoryzowana woda pitna 
2. Żywność GMO ze sprzyjającymi rakowi herbicydami  
3. Sztuczne słodziki 
4. Szczepionki często zawierające rtęć, aluminium, formaldehyd i MSG
5. Leki farmaceutyczne 
6. Leki bez recepty na przeziębienie, alergie, ból głowy i gorączkę, często zawierają toksyny metali ciężkich, słodziki i toksyczne barwniki. 
7. Chemioterapia i naświetlania.

Przestań dolewać paliwo do rakowego ognia

Co dzieje się kiedy ktoś idzie do szpitala na operację, chemioterapię albo badanie diagnostyczne? Wchodzi do budynku gdzie serwuje się jedynie żywność GMO, przetworzoną i rakotwórczą. Ci sami pacjenci narażani są na super drobnoustroje – bakterie, które teraz są odporne na antybiotyki i konwencjonalne leki. Tym samym pacjentom podaje się leki chemiczne na ból, infekcje i ukrywanie objawów, w tym toksyczne szczepionki przeciw grypie, inne szczepionki, leki opioidowe i wszystko inne co można sobie wyobrazić a co zabija odporność i mutuje komórki. W rezultacie szpitale wywołują raka. Żywność to przetworzony koszmar, a szpitale nawet serwują słodziki sprawdzone jako rakotwórcze.
Twój organizm to maszyna zdolna do samo leczenia odpowiednimi środkami – lekami przyrody. To oznacza czystą żywność. Przestaw się na organiczną, źródlaną wodę i środki ziołowe, i odwiedź lekarza naturopatę który rozumie to, że odpowiednia żywność jest lekiem niszczącym raka.
S. D. Wells
Tłum. Ola Gordon

Z oceanu prosto na nasze talerze trafia… plastik!

Mictyris longicarpusBy User:LiquidGhoul edited by User:Brian0918 - english Wikipedia, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=858823
Ostatnie badanie naukowców z Uniwersytetu Ghent w Belgii dowiodło, że miłośnicy skorupiaków zjadają rocznie ze swoim przysmakiem 11 000 plastikowych drobin. Przyswajalność tworzyw sztucznych przez ludzki organizm jest nie większa niż 1%, lecz trzeba pamiętać, że plastik się kumuluje.
Belgowie to najwięksi smakosze małż w Europie, jednak powyższa informacja dotyczy wszystkich mieszkańców naszego kontynentu. Niedawno wyniki badań Uniwersytetu w Plymouth wywołały niemałe zamieszanie, kiedy okazało się, że plastik jest obecny w 1/3 ryb sprzedawanych w Anglii! Znaleziono go m.in. w dorszach, łupaczach, makrelach, a także w skorupiakach. Sprawa została nagłośniona, dzięki czemu podjęto kilka konkretnych działań: grupa Plastic Planet zachęca brytyjskie markety, by te zamieszczały alejki z towarem oznaczonym jako „bez plastiku”, a telewizja wyemituje film „Ocean plastiku”. Brytyjski rząd rozważa wprowadzenie kaucji na butelki z tworzyw sztucznych, a koncern farmaceutyczny Johnson & Johnson oznajmił, że w jego patyczkach bawełnianych (tych, których nie należy używać do czyszczenia uszu) będzie papier.
Obraz plastiku na talerzu z pewnością niejednemu otworzy oczy na problem, który od lat jest prawdziwą zarazą dla mórz i oceanów. Niezależnie, czy chodzi o ryby czy owoce morza, te zanieczyszczone plastikiem można kupić nie tylko w Europie, ale także w Kanadzie, Brazylii czy w Chinach. Pytanie nie brzmi już: czy jemy plastik? Teraz naukowcy pytają: jak szkodliwy jest dla nas plastik, który jemy? Można też spytać: jak mogliśmy doprowadzić do takiej sytuacji?
Ponad 100 lat temu, w 1907 r., absolwent wyżej wspomnianego Uniwersytetu Ghent, Leo Baekeland, wynalazł bakelit. Przedtem, dużym kosztem i wysiłkiem, ludzkość do produkcji używała naturalnych materiałów np. szelaku pozyskiwanego z wydzielin owadów. Baekeland widział swoją szansę w zastąpieniu jego substancją całkowicie syntetyczną, którą można by było produkować na masową skalę. Bakelit był lekki, niedrogi, plastyczny i bezpieczny, ale chyba największą jego zaletą była trwałość. Odkrycie było przypadkowe, lecz przemysł zareagował euforycznie otwierając się na nową erę plastiku.
W pierwszej połowie XX w. doszły kolejne wynalazki: polistyren, poliester, PVC i nylon. Wkrótce stały się one nieodłączną częścią codziennego życia. W 1950 pojawił się produkt, który okazał się prawdziwą plagą dla morskich stworzeń: jednorazowa reklamówka. Od tego momentu w ciągu dekady roczna produkcja plastiku osiągnęła 5 milionów ton. W 2014 wynosiła ona już 311 mln ton, a 40% tej wielkości stanowiły opakowania jednorazowe. Według artykułu opublikowanego w 2015 w czasopiśmie Science Magazine rocznie do wód morskich trafia 8 mln ton plastiku. Zaś w zeszłym roku Fundacja Ellen MacArthur oszacowała, że w 2050 objętość tworzyw sztucznych w oceanach będzie większa niż ryb!
Baekeland przeszedł na emeryturę w 1939 r. i jako zapalony żeglarz spędził ostatnie lata swojego życia na jachcie. 90 lat po jego odkryciu inny żeglarz, Charles Moore, przemierzał ocean z Hawajów do Kalifornii, kiedy natknął się na Wielką Pacyficzną Plamę Śmieci. Jest to jeden z pięciu największych na świecie wirów przyciągających plastikowe odpady. Na temat wielkości Plamy rozgorzała debata – szacunki przyrównują ją do terytorium Teksasu lub dwukrotnej wielkości powierzchni Francji. Jej dokładny pomiar nie jest możliwy, ponieważ wielkość odpadów widocznych na powierzchni zmienia się wraz z prądem i wiatrem. Najgęstsza warstwa mierzy około milion kilometrów kwadratowych, zaś peryferia rozciągają się na 3 do 5 mln km2. Według agencji środowiskowej ONZ wielkość plamy rośnie tak szybko, że widać już ją z kosmosu.
W 1997 r. Moor zobaczył butelki, reklamówki i kawałki polistyrenu. Ale to, co zaniepokoiło go najbardziej, to maleńkie drobiny tworzące plastikową zupę. W 1999 Moore wrócił na fale oceanu by przeprowadzić pomiar tego mikroplastiku. „Okazało się, że jest go 6-krotnie więcej niż planktonu” – powiedział. Po jego odkryciu naukowcy z całego świata zaczęli przeprowadzać badania i w 2013 doszli do wniosku, że w oceanach jest ponad 5 trilionów kawałków plastiku, w większości w formie mikrodrobin.
Źródła mikroplastiku, którego rozmiar waha się od 5 mm do 10 nanometrów, są różne. Może to być transport granulek surowych tworzyw sztucznych przeznaczonych do dalszej obróbki. Przykładowo, w 2012 r. tajfun rozrzucił miliony takich granulek z dostaw zmierzających do Hong Kongu. Mikroplastik może pochodzić także z tzw. mikrogranulek, czyli maleńkich plastikowych kuleczek stosowanych w peelingach do twarzy czy w paście do zębów. Na terenie niektórych państw, w tym Wielkiej Brytanii, zakazano ich sprzedaży. Mikrogranulki podobnie jak mikrowłókna, czyli nitki powyciągane podczas prania z syntetycznych ubrań, są zbyt małe, by zatrzymały je oczyszczalnie ścieków, przez co trafiają one do mórz i oceanów.
Jednak największym źródłem mikroplastiku w wodach są jednorazowe opakowania, które stanowią aż 1/3 plastikowych śmieci. Wiele z nich nie ulega biodegradacji, lecz mniej znanej fotodegradacji, kiedy to pod wpływem promieniowania UV plastikowe torby i butelki (a także mikrogranulki i włókna) rozpadają się na maleńkie części. W wodzie mikroplastikowi towarzyszą wypłukane z niego toksyczne chemikalia, takie jak: PCB, pestycydy czy środki zmniejszające palność, używane przy produkcji tworzyw sztucznych.
Swoim wyglądem mikrodrobiny przypominają niektórym gatunkom pożywienie. W lipcu 2015 r. zespół z Morskiego Laboratorium w Plymouth pokazał film nakręcony pod mikroskopem, na którym zooplankton zjada mikroplastik. Te maleńkie organizmy odgrywają kluczową rolę w łańcuchu pokarmowym, stąd konsekwencje tego zjawiska mogą być ogromne. Wiele gatunków ryb i skorupiaków jedzonych przez ludzi również konsumuje plastik. W zeszłym roku w czasopiśmie Science opublikowano wyniki badań wskazujących, że młode okonie zamiast planktonu, którym normalnie się żywią, wolą cząstki polistyrenu. Podczas gdy większość plastiku znajduje się w jelitach ryb, przez co nie trafia na nasz talerz, to niektóre badania alarmują, że mikroplastik, szczególnie ten mierzony w nanometrach, może przedostawać się do mięsa. A przecież są także ryby czy skorupiaki, które jemy w całości…
Jak już wyżej wspomniano, wraz z rozpadem plastiku uwalniają się toksyny. Wyniki badań laboratoryjnych wskazują, że chemikalia towarzyszące mikroplastikowi kumulują się w tkankach zwierząt morskich, także tych popularnych na naszych stołach. W 2011 r. mikroplastik w układzie trawiennym miało aż 83% krewetek z Zatoki Dublińskiej, podobnie jak 63% krewetek z południowej części Morza Północnego. Zaś dwa tygodnie temu, grupa ekspertów ds. zanieczyszczeń środowiska morskiego o nazwie Gesamp opublikowała wyniki swojej analizy: specjaliści znaleźli drobiny w dziesięciu tysiącach organizmów z ponad 100 gatunków.
Widząc narastający niepokój w zeszłym roku Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności wezwał do rozpoczęcia badań nad wpływem „zanieczyszczenia mikroplastikiem tkanek spożywanych przez ludzi ryb” na ich zdrowie. Jednak prof. Richard Thompson, wiodący ekspert w dziedzinie mikroplastiku i zanieczyszczeń środowiska morskiego, spokojnie śledzi te doniesienia. Thompson pracuje w tym temacie już od 20 lat: w 2004 r. jego zespół z Uniwersytetu w Plymouth jako pierwszy opublikował wyniki badań mikroplastiku w morzach, później jako pierwszy przedstawił dowody na jego pozostałości w organizmach morskich, a jeszcze później jako pierwszy wskazał, że 1/3 spożywanych w Anglii ryb zawiera plastik. Jednak według profesora: „Trzeba by było zjeść ponad 10 000 małż rocznie aby osiągnąć poziom plastiku wskazany w belgijskich badaniach.” Nawet jak na Belgów jest to duża ilość i nie ma dowodów, że może ona zaszkodzić ludziom. Thompson zgadza się, że zanieczyszczenie plastikiem jest ogromne, ale według niego „nie pora jeszcze na alarm. Te ilości nie są duże, a niebezpieczeństwo dla ludzi jest mniejsze niż podczas ich pobytu w domu czy w biurze.” Mimo to profesor dodaje: „Plastikowych śmieci będzie coraz więcej. Jeśli ludzkość nie zmieni kierunku, to za 10 czy 20 lat sprawa będzie wyglądać zupełnie inaczej”.
W 2014 działająca przy ONZ Organizacja ds. Żywności i Rolnictwa zwróciła uwagę, że ludzkość w dużym stopniu zależy od źródeł pokarmu pochodzącego z mórz – aż 10-12% mieszkańców naszego globu żyje z łowisk i akwakultury. Konsumpcja ryb wzrosła z 10 kg na osobę w 1960 r. do ponad 19 kg w 2012 r. Jednocześnie produkcja żywności z mórz i oceanów co roku rośnie o 3,2%, czyli dwukrotnie szybciej niż liczba ludności. Innymi słowy, zapotrzebowanie na ten rodzaj pokarmu rośnie, choć jego przyszłość stoi pod dużym znakiem zapytania.
Kiedy jesteś sam na środku Oceanu Południowego, najbliższym lądem jest Antarktyda a najbliżsi ludzie znajdują się na jednej z jej stacji, masz wiele czasu na rozmyślania. Jeśli jesteś Dame Ellen MacArthur to zastanawiasz się nad niedoskonałościami światowej gospodarki. Według Ellen: „Twoja łódź to cały Twój świat i to co na nią weźmiesz będzie wszystkim co masz, do ostatniej kropli paliwa i ostatniej paczki z jedzeniem. Nie masz nic więcej. Z naszą gospodarką jest tak samo. Jest ona całkowicie zależna od ograniczonej ilości materii, którą dostaliśmy tylko raz w historii naszej ludzkości”. MacArthur ma proste rozwiązanie na tą sytuację: zamiast wyczerpywać ziemskie zasoby powinniśmy zaczynać proces projektowania od odpadu, który powstanie po zużyciu wytworzonego przez nas produktu. W tym sposobie myślenia Ellen ma sprzymierzeńca – Księcia Walii Karola, którego organizacja International Sustainability Unit (ISU) pracuje m.in. nad projektami mającymi na celu zmniejszenie oddziaływania plastiku na środowisko.
Niedawno ISU zorganizowała spotkanie grupy roboczej, która miała przyjrzeć się plastikowym odpadom. Prowadził je profesor Thompson, który w rezerwacie w Essex zbierał śmieci wraz z kadrą kierowniczą Coca-Coli. PepsiCo, Adidasa, Della i Marks&Spencer. 80% zebranych odpadów stanowiły plastikowe butelki, wśród których co poniektórzy dyrektorzy rozpoznali swoje marki. Następnie grupa pojechała do przedsiębiorstwa zajmującego się recyklingiem odpadów (Anglicy przekazują do odzysku jedynie 1/3 plastiku). Podczas gdy wiele butelek zrobionych jest z łatwo poddającego się obróbce PET, to część ma dodatkowo plastikowe etykiety lub kolor, które ograniczają możliwość poddania ich recyclingowi. Często zużyte butelki nie są odzyskiwane tylko dlatego, że ktoś na etapie projektowania nie zastanowił się nad możliwością ich recyclingu.
Na szczęście idea „gospodarki obiegowej”, w której odpady stają się zasobami, staje się coraz bardziej popularna. Przemysł zaczyna zdawać sobie sprawę, że jego produkty muszą być tak zaprojektowane, by móc poddać je recyclingowi lub ponownemu użyciu. Jak to ujął Książę Karol: „Już na samym początku powinniśmy przewidzieć drugie, trzecie, i doprawdy: czwarte życie naszych codziennych produktów”. Według Thompsona: „To rosnąca świadomość sprawia, że to, co było możliwe jeszcze 10 lat temu, czyli przerzucanie całej odpowiedzialności na klientów, nie jest już takie proste. Teraz już wiemy, że odpowiedzialność leży po obu stronach, czyli także po stronie przemysłu”. Powstaje nawet konsylium ds. plastiku, które będzie łączyć jego producentów z przedsiębiorstwami zajmującymi się recyclingiem. Podobnie jak Rada Zarządzania Zasobami Morskimi (MSC) w sprawach ryb, ciało to będzie wdrażać odpowiedzialne praktyki w branży tworzyw sztucznych. W końcu przecież plastik nie jest naszym wrogiem.
Być może szok związany z plastikiem, który z kubła na śmieci wraca na nasze talerze sprawi, że zastanowimy się co sami możemy zrobić w tym temacie. „Stoimy na krawędzi ekologicznej katastrofy” – twierdzi Thompson – „Mikroplastik pochodzący z morza jest tego dowodem. Istnieją działania, które możemy w tej sprawie podjąć, ale trzeba je zacząć realizować natychmiast”.
Autorstwo: Susan Smillie
Tłumaczenie: Xebola
Źródło oryginalne: TheGuardian.com
Źródła polskie: Xebola.wordpress.com, WolneMedia.net
\KLIKNIJ w link poniżej i polub stronę"Jak być zdrowym całe życie"na Facebook , a będziesz na bieżąco informowany o nowych artykułach ze strony
https://www.facebook.com/Ryszard-Piotr-Jak-by%C4%87-zdrowym-ca%C5%82e-%C5%BCycie-811427708999378

Antybiotyki w mięsie – czy wiemy co jemy? Jesz mięso, dajesz dziecku, przeczytaj to koniecznie!



Zwierzęta hodowlane zażywają więcej leków niż my. Mimo że antybiotyki to jedno z najważniejszych osiągnięć medycyny, niestety lekkomyślnie je nadużywamy. Nie dość, że często i niepotrzebnie stosujemy antybiotyki jako antidotum na schorzenia, takie jak infekcje wirusowe, to dodatkowo podawane są w ogromnych ilościach zwierzętom hodowlanym, których mięso później trafia na nasze talerze.
Antybiotyki w hodowli zwierząt zaczęły być powszechnie stosowane od lat 1940. Zauważono, że dodanie ich do paszy kurcząt, powoduje szybszy wzrost masy mięśniowej przy jednoczesnym ograniczeniu dawek pokarmowych, więc zwiększa opłacalność chowu. W latach 1970. odkryto jednak, że praktyka ta ma bardzo niebezpieczne skutki uboczne, ale zakazano jej w krajach Unii Europejskiej dopiero w 2006 r.
Choć w UE nie wolno już stosować tzw. Antybiotykowych Stymulatorów Wzrostu, zużycie antybiotyków w hodowli zwierząt rośnie. W Polsce w 2013 r. zużyto o 8% więcej leków przeciwbakteryjnych niż w 2012. W sumie w produkcji zwierzęcej w 2013 w naszym kraju zużyto aż 562 tony antybiotyków. W przeliczeniu to blisko 2 mld tabletek o zawartości 250 mg substancji czynnej. Świnie i drób otrzymują preparaty antybiotykowe zmieszane z paszą – jak twierdzą anonimowo rolnicy, jest to powszechna praktyka. Poza tym inspektorzy nie są w stanie przebadać wszystkich produktów mięsnych trafiających na rynek – monitoring ma charakter jedynie wyrywkowej kontroli. Hodowcy coraz częściej aplikują leki całym stadom. Najczęściej twierdzą, że jest to chronienie zdrowych zwierząt przez chorobą, na którą zapadł jeden z osobników. Tajemnicą poliszynela jest jednak, że antybiotyki nie tylko zapobiegają infekcjom, ale także zwiększają masę mięśniową. A to przekłada się na czysty zysk – ale czysty tylko dla farmerów.
Jak wynika z badań, szkodliwe oddziaływanie antybiotyków i produktów ich rozpadu zawartych w żywności jest obserwowane w największym stopniu we wczesnych etapach rozwoju ludzkiego organizmu, tj. w okresie ciąży i w pierwszych 3 latach życia. Lekarze immunolodzy alarmują, że spożywanie wraz z pokarmem pozostałości antybiotyków może nieodwracalnie wpłynąć na rozwój dziecka, w tym występowanie w późniejszym okresie alergii, chorób zapalnych jelit, zaburzeń procesów immunologicznych oraz metabolicznych, np. cukrzycy, otyłości, a nawet nowotworów.
Z badań prowadzonych w Niemczech wynika, że antybiotyki stosowane są powszechnie w większości hodowli. Efekt – w połowie próbek mięsa drobiowego poddanego badaniom wykryto antybiotykoodporne szczepy mikrobów – gronkowce MRSA oraz enterobakterie ESBL. Mogą one wywołać osłabienie układu odpornościowego i zwiększyć ryzyko sepsy czy zapalenia płuc, zwłaszcza u dzieci, osób starszych, chorych i kobiet w ciąży. Wielkie hodowle i ubojnie stały się wylęgarnią superbakterii opornych na działanie antybiotyków. Bakterie ESBL do organizmu najczęściej przedostają się wtedy, gdy nie przestrzegamy higieny podczas przygotowywania posiłku. Według danych Parlamentu Europejskiego z powodu infekcji wywołanych bakteriami opornymi na antybiotyki rocznie umiera w Unii około 25 tysięcy osób.
\KLIKNIJ w link poniżej i polub stronę"Jak być zdrowym całe życie"na Facebook , a będziesz na bieżąco informowany o nowych artykułach ze strony
https://www.facebook.com/Ryszard-Piotr-Jak-by%C4%87-zdrowym-ca%C5%82e-%C5%BCycie-811427708999378
Mięso może być skażone nielegalnymi antybiotykami podawanymi zwierzętom w procesie produkcji, m.in. niebezpieczną dla dzieci doksycykliną, powodującą zmiany w układzie kostnym, i metronidazolem. Nielegalne leki stosują zarówno niektórzy producenci drobiu, jak i część producentów trzody chlewnej i bydła. Kontrowersje wywołuje rakotwórcze działanie metronidazolu. W badaniach in vitro na bakteriach stwierdzono, że metronidazol wykazuje działanie mutagenne. W badaniach in vivo przeprowadzonych u ssaków nie odnotowano jednak zaburzeń genetycznych. Działanie rakotwórcze metronidazolu występowało u szczurów i u myszy. Doksycyklina to antybiotyk tetracyklinowy stosowany głównie w zakażeniach. Może ona zakłócać rozwój zębów i kośćca, dlatego nie wolno jej podawać dzieciom poniżej 12. roku życia – może powodować trwałą zmianę zabarwienia zębów, a nawet ich uszkodzenie. Podczas kuracji doksycykliną należy też unikać opalania i naświetlania w solarium ze względu na ryzyko wystąpienia przebarwień skóry.
Najlepszym rozwiązaniem byłoby kupowanie mięsa pochodzącego wyłącznie z hodowli ekologicznych, nie stosujących antybiotyków. Jest ono jednak rzadkością i kosztuje kilkakrotnie więcej. Tymczasem konsumenci chcą jeść dużo i tanio, godzą się więc na mięso produkowane przemysłowo. Pytanie brzmi: czy „przemysłowo” będzie jeszcze kiedykolwiek oznaczało „bezpiecznie”?
Autorstwo: Preston
Na podstawie: poradnikzdrowie.pl
Źródło:http://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/antybiotyki-w-miesie-czy-wiemy-co-jemy

poniedziałek, 20 lutego 2017

Licealista ulepszył sposób hodowli sztucznych organów

IlustracjaBy Urinary_system.svg: Jordi March i Nogué [1]derivative work: M•Komorniczak -talk- - Urinary_system.svg, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=10850563

Technologię hodowli sztucznych organów udoskonalił licealista Maciej Mańka, uczeń Akademickiego Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Chorzowie (Śląskie). Może ona pomóc m.in. w badaniach wpływu leków na ludzki organizm.
Swoje osiągnięcie Mańka zaprezentował podczas trwającego od czwartku do piątku w Katowicach kongresu „Investing in Medical Innovations”.
Opiera się ono na badaniach przeprowadzonych w Harvardzie w 2010 r. „To były badania na temat tego, czy można stworzyć przy użyciu pewnego polimeru model, który – jeśli wyhodujemy na nim komórki płucne i poddamy je takim siłom, jakie są rzeczywiście obecne w ludzkim płucu, w faktycznym pęcherzyku płucnym – zaczną zachowywać się tak, jakby zachowywały się w ludzkim płucu. Udowodniono, że to był pierwszy w historii moment, kiedy stworzono całkowicie sztucznie zaprojektowany i sztucznie funkcjonujący, stworzony przy użyciu sztucznych warunków ludzki organ” – powiedział PAP podczas kongresu.
„Ja wymyśliłem, w jaki sposób możemy dojść do produkcji chipu, czyli urządzenia, w którym są hodowane komórki, w jaki sposób możemy to zrobić taniej i w sposób bardziej przystępny, aby technologia była szerzej i łatwiej dostępna. Moja technologia omija potrzebę bardzo wyrafinowanych drukarek 3D i jest nawet bardziej odpowiednia do tego, co chcemy rzeczywiście uzyskać” – dodał.
Jak zaznaczył licealista, technologia pozwala relatywnie niskim kosztem otrzymać ludzki organ, na którym można prowadzić badania. „Możemy zobaczyć, jak nanoskopijne bakterie, wirusy czy leki będą działały na ten organ i odpowiedź, którą dostaniemy, będzie identyczna, jak ta, którą dostalibyśmy prowadząc badania na ludziach, bo to są struktury na poziomie organicznym” – wyjaśnił Maciej Mańka.
Inspiracją do zajęcia się tematem była dla Macieja 1,5 roku temu lektura artykułu w „Świecie Nauki”. W tym roku czeka go matura, potem planuje studia na kierunku biomedycznym.
\KLIKNIJ w link poniżej i polub stronę"Jak być zdrowym całe życie"na Facebook , a będziesz na bieżąco informowany o nowych artykułach ze strony
https://www.facebook.com/Ryszard-Piotr-Jak-by%C4%87-zdrowym-ca%C5%82e-%C5%BCycie-811427708999378

niedziela, 19 lutego 2017

Jak usunąć pestycydy z warzyw i owoców.

Jak być zdrowym całe życie.


Dzieci na wódce! Dlaczego żebracy trzymają śpiące dziecko na kolanach ? I dlaczego ono zawsze śpi?



Dlaczego żebracy trzymają śpiące dziecko? Czy kiedykolwiek się zastanawiałeś…? Zaczeliśmy węszyć już bardzo dawno temu....

Proszę, przeczytaj go… i zastanów się kilka razy za nim włożysz 1e do kubka

Obok banku siedzi kobieta w nieokreślonym wieku. Jej włosy są poplątane i brudne, jej głowa pochylona w smutku.

Kobieta siedzi na brudnej podłodze, obok niej stoi kubek. Do kubka ludzie wrzucają pieniądze. W rękach kobiety śpi dwuletnie może trzyletnie dziecko. Jest w brudnej czapce i brudnych ubraniach. „Madonna z dzieckiem” – jakaś liczba przechodniów podaruje pieniądze. Ludzie naszego pokroju – zawsze czujemy współczucie dla tych, którym gorzej się powodzi. Jesteśmy gotowi oddać im ostatnią parę majtek, ostatniego grosza z własnej kieszeni i nigdy nie myślimy o innej stronie medalu. Pomaganie jest jak „wykonałeś super robotę.”

Mijałem żebraków miesiącami. Nie dawałem im pieniędzy wiedząc, że to sprawka gangu i pieniądze zebrane przez żebraków zostaną przekazane osobie kontrolującej ich w tej okolicy. Ci ludzie posiadają po kilka luksusowych nieruchomości i samochodów. Och, żebracy też coś oczywiście dostaną, butelkę wódki wieczorem i doner kebab albo kawałek kiełbasy i chleba. Około Miesiąc później, minąwszy żebraczkę, nagle mnie to uderzyło. Stoję na ruchliwym skrzyżowaniu (w Limerick) gapiąc się na dziecko ubrane jak zwykle – brudne ubrania. Uświadomiłem sobie, że coś jest nie tak z dzieckiem przebywającym na brudnej ulicy od rana do wieczora… To dziecko spało. Nigdy nie łkało ani nie krzyczało, zawsze spało chowając swoją twarzyczkę w kolanach kobiety, która była jego MATKĄ.

Czy ktoś z Was, drodzy czytelnicy, posiada dzieci? Przypomnijcie sobie jak często one śpią w wieku 1-2-3 lat? Godzinę, dwie, maximum trzy i to jak jest cicho (rzadko bez przerwy) popołudniowej drzemki i ponownie – poruszenie. Przez cały miesiąc, każdego dnia kiedy przechodziłem tą ulicą, nigdy nie widziałem tego dziecka nie śpiącego! Spojrzałem na tego maleńkiego chłopca z buzią schowaną między kolanami matki, później na żebraczkę i moja podejrzliwość przybrała na sile.

-Dlaczego on ciągle śpi? Zapytałem jej, gapiąc się na dziecko. Emotikon frown

Żebraczka udała, że mnie nie rozumie. Spuściła oczy i ukryła twarz w kołnierzu nędznego płaszcza. Powtórzyłem pytanie. Kobieta spojrzała ponownie. Spojrzała gdzieś za moimi plecami, zmęczona I zupełnie zirytowana. Wyglądała jak kreatura z innej planety.

- Odpieprz się…w jeżyku angielskim wymamrotała.

-Dlaczego on śpi?! Prawie krzyknąłem (lub: prawie się rozpłakałem)

Ktoś za mną położył mi ręke na ramieniu. Spojrzałem do tyłu. Jakiś starszy mężczyzna patrzył na mnie z dezaprobatą:

- Czego od niej chcesz? Nie widzisz jak ciężko ma w życiu? Ech…
Wyciągnął z kieszeni kilka monet i wrzucił je do kubka żebraczki.
Żebraczka wykonała ręką znak krzyża w powietrzu, przybierając twarz upokorzenia I przejmującego smutku. Mężczyzna zabrał rękę z mojego ramienia i oddalił się . Założę się, że w domu będzie opowiadał jak obronił biedną, zrozpaczoną kobietę od bezdusznego mężczyzny na ulicy.

Następnego dnia zadzwoniłem do kolegi. To śmieszny facet z oczami jak oliwki, Rumun. Udało mu się ukończyć zaledwie 3,5 roku edukacji. Kompletny brak edukacji nie sprawił, że nie przemieszcza się on ulicami miasta bardzo drogimi zagranicznymi autami oraz że nie mieszka w wielkim domu z niepoliczalną ilością okien i balkonów. Od mojego przyjaciela dowiedziałem się, że ten biznes, pozornie „spontaniczny”, jest dobrze zorganizowany. Jest nadzorowany przez zorganizowane gangi żebraków. Dzieci są wypożyczane z rodzin alkoholików lub zwyczajnie porwane.

Potrzebowałem odpowiedzi na pytanie dlaczego dziecko śpi? I otrzymałem ją. Mój przyjaciel cygan wypowiedział zdanie zupełnie zwyczajnym, spokojnym głosem, które wprawiło mnie w zdumienie, tak jakby opowiadał o pogodzie:

- są na heroinie albo wódce.

Zgłupiałem. „Kto jest na heroinie? Kto na wódce?!"

Odpowiedział: - dziecko, żeby nie krzyczało. Kobieta będzie siedziała z nim tam cały dzień, wyobrażasz sobie jak mogłoby się nudzić?

Aby dziecko spało cały dzień, faszerowane jest wódką lub narkotykami. Oczywiście ciałko małego dziecka nie jest w stanie znieść takiego szoku. Dzieci często umierają. Najbardziej przerażające jest to, że dzieci czasami umierają w czasie „dnia pracy”. A kobieta udająca matkę musi trzymać martwe dziecko na rękach do samego wieczora. Takie są zasady. A przechodnie będą wrzucać pieniądze do torby i wierzyć, że ich zachowanie jest moralne. Pomagają samotnej matce.

Następnego dnia przechodziłem obok tej samej kobiety. Przybrałem maskę dziennikarza i byłem gotowy na poważną rozmowę. Ale rozmowa nie wypaliła, stało się to co następuje:

Kobieta siedziała na podłodze, a w rękach trzymała dziecko. Zapytałem jej o dokumenty dziecka i, co najważniejsze, gdzie jest dziecko z wczoraj, co ona po prostu zignorowała.

Moje pytanie nie zostało jednak zignorowane przez przechodniów. Powiedziano mi, że zwariowałem, bo krzyczę na biedną żebraczkę z dzieckiem. Koniec końców, zostałem odeskortowany w poniżeniu. Jedyna rzecz która mi pozostała to zadzwonić na policję. Kiedy policja przybyła, kobieta z dzieckiem zniknęła. Zostałem z poczuciem „walczę z wiatrakami”.

Jeśli zobaczysz w metrze, na ulicy lub gdziekolwiek kobietę z dzieckiem, żebrujących, pomyśl zanim twoja ręka sięgnie po pieniądze. Pomyśl o tym, gdyby tysiące ludzi nie wyciągało do nich rąk, ten biznes by nie istniał. Umarłby biznes, a nie dzieci napompowane wódką lub narkotykami. Nie patrz na śpiące dziecko ze współczuciem. Zobacz horror… Jeśli czytasz ten artykuł to wiesz już dlaczego dziecko w rękach żebraka śpi.

P.S. Jeśli skopiujesz ten artykuł na swoją tablicę lub choćby klikniesz “udostępnij”, Twoi przyjaciele również go przeczytają. A kiedy kolejny raz zdecydujesz się otworzyć swój portfel aby wrzucić żebrakowi monetę, przypomnij sobie, że ta dobroczynność może kosztować kolejne dziecko życie.


                                                                    Marcin Ciesielski.


\KLIKNIJ w link poniżej i polub stronę"Jak być zdrowym całe życie"na Facebook , a będziesz na bieżąco informowany o nowych artykułach ze strony
https://www.facebook.com/Ryszard-Piotr-Jak-by%C4%87-zdrowym-ca%C5%82e-%C5%BCycie-811427708999378

Dlaczego warto jeść warzywa nawet z marketu zamiast żadnych?


Jak głosi miejska legenda warzywa z marketu są niesamowicie „trujące”, pełne zabójczych dla nas pestycydów i w ogóle nie powinno się  ich jeść. Lepiej kupować, jak mówią ludzie, warzywa i owoce na jakimś ryneczku, bo wtedy podobno mają mniej chemii na sobie. A jak głoszą niektórzy – w ogóle ostrożnie z tymi warzywami i owocami, ponieważ nigdy nie wiadomo jakież to niesamowite trucizny w nich siedzą: jeden pan w internetowej telewizji to nawet mówił, że bezpieczniej jeść zwierzęta, bo te przynajmniej mają wątrobę, więc się oczyszczają, a rośliny wątroby nie mają, więc się nie oczyszczają i dlatego warzywa z marketu są trujące, a mięso zwierząt jest bezpieczne i oczyszczone. Czyżby?
Dzisiaj przyjrzymy się bliżej tym miejskim legendom i mitom internetowym jak również faktom rzeczywistym – w poszukiwaniu odpowiedzi na niezmiernie ważne dla nas wszystkich pytanie: jak bardzo zatrute pestycydami są sprzedawane w Polsce warzywa?
Bardzo często czytelnicy piszą na ten temat, wyrażając swoje obawy i pytając o opinię: jeść w końcu te normalne sklepowe warzywa i owoce czy nie jeść? Są one faktycznie „zatrute” w niebezpiecznym dla ludzi stopniu czy nie? Otóż ja sama laboratorium w domu nie mam, naukowcem też nie jestem by umieć takie rzeczy badać, lecz to co wiem na pewno, to wiedza z autopsji, czyli oparta o moje własne życiowe doświadczenie – to właśnie dzięki niemu powstała w ogóle ta witryna. Doświadczenie to zaś jest takie, że z traumatycznych, pogłębiających się wraz z upływającym czasem (ponad 40 lat) przeżyć zdrowotnych wydobyły mnie zwykłe, sklepowe, najtańsze warzywa i owoce, krajowe tudzież importowane. I nie żadne tam „bio”, „eko” i „organic”, bynajmniej! Zwyczajnie nie miałam do takowych przez dłuższy czas w ogóle dostępu. Nie miałam wyjścia jak kupować i jeść to, co było pod ręką. W ten oto dosyć przypadkowy i niejako wymuszony sytuacją sposób poznałam prawdę, a ona mnie wyzwoliła!  Oto ta prawda (pozwólcie, że powtórzę, albowiem zwyczajnie sprawia mi to szaloną przyjemność): zwykłe sklepowe warzywa wróciły mi utracone zdrowie,  witalność i radość życia, zamiast mnie położyć do grobu lub co najmniej wpędzić w jeszcze gorsze choróbska, jak więc mogą być „zatrute”?
Powiem więcej: moi czytelnicy, których przekonałam aby spożywali więcej (jakichkolwiek) owoców i warzyw dla zdrowotności (przy czym nie sądzę, aby każdy miał dostęp do ekologicznych świeżych płodów rolnych przez cały rok w naszym klimacie) są podobnie jak jaszczerze zadziwieni i pozytywnie zaskoczeni, co takiego mogą dla nas zrobić skromne jarzynki z pobliskiego sklepu. Trzeba przyznać, że od strony praktycznej (o teoretyczno-naukowej za chwilę) wygląda to imponująco. Każdemu pomaga, nikogo nie wpędziło do grobu.
Gdzie się rodzą i skąd przybywają mity o rzekomych „trujących” warzywach i owocach w sklepie? Tam, skąd bierze się w dzisiejszych czasach większość mitów: z internetu. Dzięki portalom społecznościowym oraz popularnym telewizjom internetowym zaraza mitów rozsiewa się z zatrważającą prędkością. Wystarczy, że ktoś „wrzuci na fejsa” obrazek z „parszywą dwunastką najbardziej zanieczyszczonych pestycydami warzyw i owoców”, albo ze „szczęśliwą piętnastką najmniej zanieczyszczonych”. Są to tymczasem, trzeba wiedzieć, dane pochodzące nie z Polski, lecz z USA, od ekologicznej amerykańskiej organizacji pozarządowej EWG (Enviromental Working Group) i stworzone w oparciu o wykonane (w latach 2000-2008) przez amerykański Departament Rolnictwa badania próbek warzyw i owoców sprzedawanych w amerykańskich sklepach. Amerykańskie konwencjonalnie uprawiane produkty rolne może i faktycznie wołają o pomstę do nieba będąc zanieczyszczone chemią (jak wynika z raportu EWG, choć inni badacze mają spore wątpliwościco do metodologii przetwarzania danych przez EWG).
W tym miejscu pozwólcie, że zapytam  uprzejmie: po kiego grzyba mnie wiedzieć jak bardzo zatrute są amerykańskie płody rolne i co stanowi u nich parszywą dwunastkę czy też szczęśliwą piętnastkę? Do niczego taka wiedza przydatna dla mnie osobiście nie jest! Ja nie mieszkam w USA i nawet się tam nie wybieram. Może być to wiedza przydatna jedynie komuś, kto planuje tam zamieszkać lub choćby kogoś odwiedzić. Interesuje mnie jednak owszem jak się ma sprawa w Polsce z zanieczyszczeniem warzyw i owoców pestycydami. Amerykański Departament Rolnictwa to badał w USA. A jak jest z tym u nas? Czyżby nasze polskie Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi rozkosznie sobie spało, podczas gdy pozbawieni sumienia rolnicy pryskają na naszą żywność czym popadnie i potem cichaczem sprzedają takie ociekające pestycydami, suto zaprawione chemią warzywa i owoce, aby truć nimi nagminnie polskie dzieci, polskie kobiety i mężczyzn?
Otóż okazuje się, że nie – nasze Ministerstwo Rolnictwabynajmniej nie śpi: takie same badania na obecność pozostałości pestycydów w płodach rolnych regularnie zleca się odgórnie również u nas w Polsce. Dlaczego o naszych krajowych badaniach nie słyszy się „w internetach” ani w ogóle za bardzo gdziekolwiek?  Może dlatego, że u nas brakuje odpowiednika amerykańskiej organizacji pozarządowej typu EWG (Enviromental Working Group, nie mylić z EWG w znaczeniu „Europejska Wspólnota Gospodarcza”), która by takowe dane tak ochoczo rozgłaszała. W przypadku Polski zlecone i finansowane przez MRiRW badania kontrolne płodów rolnych pod kątem zanieczyszczeń pestycydami mają miejsce zanim trafią te produkty do sklepów, a to dlatego, że zgodnie z przepisami prawaprodukty rolne muszą spełniać wyznaczone w tym zakresie dosyć wąskie, ściśle określone normy, według których ilość poszczególnych pestycydów (insektycydów, fungicydów oraz herbicydów) pozostałych w gotowym do spożycia warzywie lub owocu może w ogóle mieć miejsce, zanim jedzenie to trafi do rąk konsumenta. A przynajmniej bada się to w stosunku do produktów, które trafiają do hurtowni i sklepów (trudno jednak powiedzieć jak to jest z produktami sprzedawanymi na targowiskach i czy ktoś nad tym sprawuje kontrolę, ale nawet na targowisku najczęściej sprzedawcy zaopatrują się również w hurtowni).
Jak bardzo dostępne w Polsce warzywa i owoce są „zatrute”?
Okazuje się, że nie aż tak znowu bardzo. Prawdopodobieństwo natrafienia na „zatrute” (czyli posiadające jakiekolwiek pozostałości pestycydów) egzemplarze nie jest wcale taka wielka jak częstokroć głoszą „internety”, a ilość pozostałości pestycydów daleko odbiega od najwyższych dopuszczalnych poziomów pozostałości (NDP). Prawdopodobieństwo trafienia w sklepie na warzywo lub owoc, w którym poziom NDP zostałby przekroczony jest już w ogóle znikoma.
Ostatnim razem gdy polscy naukowcy badali w 2014 roku na ile mamy u nas „zatrute warzywa” (o czym można przeczytać tutaj: http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26024398),  okazało się, że szukając pozostałości 207 różnych pestycydów w 317 pobranych próbkach  znaleziono pozostałości jakichkolwiek pestycydów tylko w 89 próbkach (65 próbek owoców i 24 próbki warzyw), co stanowi ok. 28% wszystkich pobranych próbek (a więc nie wszystko jest w ogóle tuż przed pójściem do sprzedaży pryskane czymś straszliwym, zacznijmy od tego), z czego przekroczenie poziomów dopuszczalnych przepisami prawnymi odkryto tylko w dwóch próbkach (obydwie były próbkami malin). Najczęściej pozostałości pestycydów znajdowały się na agreście (100% badanych próbek, a badano ich siedem) i jabłkach (tutaj też zbadano 7 próbek, z czego 2 próbki były wolne od pozostałości pestycydów, a 5 zawierało je w ilości dopuszczonej normami, co procentowo stanowi 71,4% badanych próbek, tak czy inaczej nie wszystkie sprzedawane w Polsce jabłka są „zatrute”).
Popularne warzywa takie jak kapusta biała, szpinak, sałata, groszek zielony, fasolka szparagowa, rzodkiewki, chrzan, cebula, seler, fasola, buraki czy wśród owoców śliwki nie miały w ogóle żadnego mierzalnego poziomu pestycydów. Marchew też można uznać w zasadzie za bezpieczną: na 12 pobranych próbek tylko w jednejznaleziono pozostałości pestycydów (aczkolwiek nie przekraczające normy). Wśród owoców najlepiej wypadły… truskawki tak powszechnie posądzane u nas o to, że „to dzisiaj sama chemia” (może dlatego, że w USA znalazły się one w „parszywej dwunastce”, a wiadomość rozsiała się jak zaraza przez internet): na 24 próbki przebadane przez rzeszowskie Laboratorium Badania Pozostałości Środków Ochrony Roślin aż 19 próbek truskawek było całkowicie wolne od pestycydów. Całkiem nieźle wypadły wiśnie: na 17 badanych próbek aż 15 było całkowicie wolnych od pestycydów.Morele – na 15 badanych próbek 12 było całkowicie wolnych od pestycydów, brzoskwinie – na 12 badanych próbek 10 było wolne od pestycydów. Czereśnie (które uwielbiam!) na 12 próbek aż 10 było wolne od pestycydów. Kapusta pekińska na 17 próbek aż 15 było całkowicie wolne od pestycydów. Ogórki – na 12 próbek aż 10 było wolne od pestycydów.
Przy czym warto jeszcze też popatrzeć ile mikrogramów pozostałości pestycydów odkryto w przeliczeniu na 1 kg produktu i jak to się ma do dopuszczalnych rygorystycznych norm. Na przykład winogrona: badano 6 próbek i 4 były wolne od pestycydów, a w dwóch znaleziono je w ilościach 0,03 mg/kg produktu do 0,26 mg/kg, podczas gdy maksymalne ilości dopuszczają 5-10 mg/kg. Jak widać pozostałości te owszem były w tych dwóch próbkach, ale nie są to jakieś imponujące ilości i nie zbliżają się do norm, lecz daleko od nich odstają. We wspomnianej marchwi na 12 próbek tylko jedna miała wykryte mierzalne pestycydy w ilościach 0,01-0,07 mg/kg, podczas gdy norma dopuszcza ilości max. 0,5-2 mg/kg. I tak jest w sumie w przypadku wszystkich badanych warzyw i owoców: nawet jeśli „coś” stwierdzano, to z reguły bardzo daleko tym ilościom było do NDP (najwyższy dopuszczalny poziom).
Najgorzej wypadły chyba pomidory: na 30 badanych próbek dokładnie połowa (czyli 15) wykazała pozostałości pestycydów – choć w żadnej  próbce ich ilość nie przekroczyła przepisanych prawem maksymalnych norm. Faktem jest, że przy myciu warzyw w roztworze o alkalicznym pH, to właśnie pomidory najczęściej puszczają obłoczek tłustawej poświaty na powierzchni wody oraz powodują zmianę jej koloru na lekko żółtawy. Nie zawsze tak jest (i ma prawo nie być, skoro w połowie badanych próbek pomidorów nie wykryto w ogóle żadnych pozostałości pestycydów), ale czasem bywa. Czyli jak się trafi: jedne pomidory (czy inne warzywo lub owoc) mogą mieć czystość produktu uprawianego organicznie, a inne mogą mieć nieznaczne pozostałości pestycydów (choć z reguły jest to tylko ułamek tego co dopuszczane jest prawem).
Oczywiście najlepiej jest w ogóle nie spożywać pestycydów, nawet i w najmniejszej ilości (i dlatego warto kupować bio lub hodować samemu czy też dogadywać się z niepryskającymi działkowcami), lecz z drugiej strony opowieści o jakoby niezwykle częstym oraz szalenie wysokim skażeniu warzyw i owoców w polskich sklepach można sobie mówiąc krótko włożyć między bajki. Nie jest ani częste ani wysokie.
Pełen tekst wspomnianego, najnowszego badania znajduje się (streszczenie po polsku, tekst badania po angielsku) na tej stronie jako plik do pobrania i do przeanalizowania:http://wydawnictwa.pzh.gov.pl/roczniki_pzh/pesticide-residues-in-fruit-and-vegetable-crops-from-the-central-and-eastern-region-of-poland?lang=pl
O tym zaś jak z warzyw i owoców usunąć pozostałości pestycydów (najczęściej obecnie używanych, fosforoorganicznych)  pisałam tutaj:http://www.akademiawitalnosci.pl/jak-szybko-i-tanio-usunac-pestycydy-z-warzyw-i-owocow/
Ot, i czar internetowych miejskich legend prysł!
Każde pokolenie ma swoje miejskie legendy. Kiedy byłam mała, to na pogaduszkach przy kawce zbierały się przyjaciółki mojej matki i z wypiekami na twarzy opowiadały sobie o czarnej Wołdze (radziecki samochód), którą ponoć jeździł jakiś psychol (a może nawet cała zgraja psycholi, w zależności od wersji) porywający małe dzieci. Chyba nie muszę nikomu mówić jakie wrażenie wywarło na mnie, kilkuletniej wtedy dziewczynce, przypadkowe podsłuchanie rozmów dorosłych na ten temat! Jeśli chcecie wiedzieć więcej o tej zatrważającej miejskiej legendzie i czy faktycznie okazała się ona prawdą, to można poczytać o niej choćby tutaj [klik].
Świat się zmienia i zmieniają się też miejskie legendy. Dzisiejszym z kolei niezmiernie modnym tematem rozmów dorosłych jest (podsycana przez tzw. „internety”) obawa przed  zatrutą żywnością, a już szczególnie podejrzane są warzywa i owoce ze sklepu (bo z targowiska to ponoć całkiem coś innego, aczkolwiek nikt nie jest w stanie z całą pewnością stwierdzić skąd tak naprawdę pochodzą). Świat stanął na głowie? A może po prostu lubimy miejskie legendy i każde pokolenie ma swoją ulubioną? W tym pokoleniu najwyraźniej modny jest mit o zatrutych warzywach i owocach!
Apeluję zatem do czytelników, aby nie mówili przy dzieciach o tym, że warzywa i owoce w sklepie są „bardzo zatrute pestycydami”. Jest to jak okazuje nie za bardzo zgodne z prawdą, a dziecku może do końca życia zostać podświadomy uraz i niechęć do spożywania darów natury. Co mu na zdrowie w przyszłości nie wyjdzie. Ani ten uraz ani to stronienie od warzyw i owoców. Pamiętajmy, że nawyki żywnościowe tworzą się w dzieciństwie, zgodnie z powiedzeniem „czym skorupka za młodu…”.

***\KLIKNIJ w link poniżej i polub stronę"Jak być zdrowym całe życie"na Facebook , a będziesz na bieżąco informowany o nowych artykułach ze strony
https://www.facebook.com/Ryszard-Piotr-Jak-by%C4%87-zdrowym-ca%C5%82e-%C5%BCycie-811427708999378
Moim zdaniem (choć lubię, cenię i sama na ile mam możliwość uprawiam swoje warzywa i owoce ekologiczne) nie ma powodów by siać panikę, bo ZAWSZE jedzenie warzyw i owoców, nawet tych konwencjonalnych, będzie przynosiło pozytywne skutki, czego jestem chodzącym żywym przykładem, zaś wszelkie badania naukowe to potwierdzają (jak do tej pory nie ma ANI JEDNEGO badania, które wiązałoby zwiększone spożycie warzyw i owoców z ryzykiem chorób czy przyspieszonym starzeniem i zgonem, za to wszystkie mówią coś wręcz przeciwnego [1]). A jeśli ma się gdzieś dostęp do uprawianych „po bożemu” lub kawałek ogródka gdzie uprawia się samemu, to rzecz jasna z różnych względów same plusy jak najbardziej, lecz z drugiej strony wpadać w paranoję z powodu marketowych konwencjonalnie uprawianych warzyw naprawdę nie polecam. Nieco gorzej niż w warzywach i owocach przedstawia się sytuacja pozostałości pestycydów w polskich zbożach przeznaczonych na rynek konsumpcyjny, szczególnie pszenicy i jęczmieniu [2], ale jakoś dziwnie nikt się nad tym nie zastanawia utyskując, iż koniecznie potrzebny jest powrót drożdżówek do szkolnych sklepików, bo dzieci inaczej nie mają w szkole co jeść 
Jedzcie świeże warzywa i owoce (dużo, często i do ustąpienia objawów) – nawet te z marketu będą zawsze lepsze niż żadne! 
 P.S. Uprasza się jednocześnie o zaprzestanie wiecznego myleniapestycydów z nawozami. Jedno z drugim nie ma kompletnie nic wspólnego!
Pomocne linki:
1. http://www.damianparol.com/pestycydy/
2.  E. Malinowska et al „Pesticide residues in cereal crop grains in Poland in 2013″, Environ Monit Assess. 2015 Jun;187(6):329,http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4420839/

Zdrowa wentylacja.

By David Shankbone (attribution required) - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=3552917

Po ciężkim dniu pracy kobieta najchętniej wykrzyczy swoje złości a mężczyzna zaśnie przed telewizorem, co ciekawe tak dzieje się tylko w dobrych małżeństwach, sugerują amerykańscy psycholodzy.
Przegląd Journal of Family Psychology donosi, że kobiety pozostające w szczęśliwym małżeństwie, częściej niż ich niezadowolone koleżanki okazują złość i zdenerwowanie swoim mężom.
Badania prowadzone były na 42 parach o kilkuletnim stażu małżeńskim (w których najstarsze dziecko było w wieku przedszkolnym). Małżeństwa pytane były o przebieg dnia pracy, nastrój i zachowania małżeńskie po zakończeniu pracy i przed zaśnięciem przez trzy dni.
Jak się okazało, pohukiwaniom żony towarzyszy najczęściej zmiana zachowania męża. W satysfakcjonujących małżeństwach, gdy żony są rozgniewane ciężkim dniem, mężowie zwiększają swój udział w obowiązkach domowych.

Doktor Marc Schulz wraz z zespołem badaczy z Bryn Mawr College przekonuje, że kobiety zadowolone z małżeństwa czują większy komfort ujawniania negatywnych emocji po stresującym dniu, podczas gdy kobiety pozostające w mniej satysfakcjonujących związkach muszą powstrzymywać swój gniew. Zupełnie inaczej zachowują się zestresowani pracą mężczyźni. Ci z badanych, którzy deklarowali posiadanie satysfakcjonującego związku, byli mniej skłonni do gniewnych i krytycznych uwag w stosunku do swoich żon. W takich związkach, mężczyźni po ciężkim dniu pracy najczęściej wycofują się z wszelkich interakcji.
Co ciekawe mężczyźni i kobiety okazują sobie średnio tyle samo złości i wycofania, zaś różnice w zachowaniach między małżonkami ujawniają się dopiero po uwzględnieniu czynnika stresu.

Dlaczego warto przestać palić.

Zdjęcie użytkownika Zdrowie Uroda Sport Zdrowy Styl Zycia.

sobota, 18 lutego 2017

Cholesterol i choroby serca – oszałamiająca informacja

Arteriografii

Jak prawdopodobnie wiesz, badanie cholesterolu jest od dziesięcioleci standardowym badaniem krwi dla oszacowania ryzyka ataku serca.

Ale kiedy spojrzymy na dane statystyczne, to sam cholesterol nie jest nawet prawdziwą przyczyną choroby serca. W tym artykule chciałbym powiedzieć ci prawdę o badaniach cholesterolu we krwi i czynnikach ryzyka choroby serca.

Cholesterol LDL bardzo słabo wiąże się z ryzykiem ataku serca

Ponieważ cholesterol nie rozpuszcza się we krwi, musi być transportowany przez cząsteczki rozpuszczalne w wodzie. Te cząsteczki-nosiciele nazywaja się lipoproteiny. Składają się z tłuszczy (lipidy) i białek.
Dwa główne rodzaje lipoprotein transportujących cholesterol do krwi to:
  • Lipoproteiny o dużej gęstości – cholesterol HDL (a.k.a. HDL-C): nazywa się je „dobrym” cholesterolem, bo pomaga powstrzymać cholesterol od przekształcenia się w płytki miażdżycowe
  • Lipoproteiny o niskiej gęstości – cholesterol LDL (a.k.a. LDL-C): nazywa się je „złym” cholesterolem, bo od lat wiązano go z wyższym ryzykiem choroby serca. Uważano, że to on gromadzi się w tętnicach tworząc płytki miażdżycowe zwężające i usztywniające tętnice.
Na wynikach badań cholesterolu są także
  • Trójglicerydy: podniesione poziomy tego tłuszczu wiązano z insulino opornością, cukrzycą i pośrednio z chorobą serca. Poziomy trójglicerydów podnoszą się po jedzeniu zbyt dużej ilości zboża i innych produktów, które w krwiobiegu szybko zamieniają się w cukier. Są wyższe kiedy prowadzi się siedzące Zycie, pali papierosy, nadmiernie pije alkohol albo ma się nadwagę.

Cholesterol nie jest przyczyną choroby serca

Co by się stało gdybym powiedział ci, że podniesione poziomy LDL to raczej słabe prognostyki ataku serca? To prawda. Kiedy patrzymy na wszystkie dane, to okazuje się, że sam cholesterol nie jest przyczyną choroby serca, mimo że były pewne powiązania.
Poniżej ważne badania mówiące dużo więcej o samym cholesterolu – że on nie jest przyczyną choroby serca…
  • Raport z 1964 opublikowany w Journal of the American Medical Association (JAMA) był słynnego chirurga kardiologa – dr DeBakeya. U 1.700 operowanych przez niego pacjentów podczas operacji na otwartym sercu nie wykrył żadnego związku między poziomem cholesterolu we krwi i ostrości choroby wieńcowej tętnic.
  • Badanie Framingham obserwowało 5.209 mężczyzn i kobiet wybranych losowo z pośród 10.000 mężczyzn i kobiet mieszkających w mieście w 1948 w wieku 30-62 lat. Na początku badania 5.127 nie miało choroby układu krążenia. W 1977 naukowcy zbadali poziomy cholesterolu we krwi 815 mężczyzn i kobiet w wieku 49-82 lat i poinformowali, że „głównym potencjalnym czynnikiem lipidowym był cholesterol HDL”, i że „całkowity cholesterol nie miał związku z chorobą układu krążenia”.
  • W 1997 Lancet poinformował o badaniu 724 uczestników które odkryło, że wysokie stężenie całkowitego cholesterolu wiązało się z długowiecznością osób w wieku 85+, ze względu na niższą umieralność z powodu raka i infekcji.
  • Naukowcy z Yale University, w artykule z 1994 w JAMA podsumowali swój raport pisząc: „Nasze rezultaty nie popierają hipotezy, że hipercholesterolemia [nadmiar cholesterolu] albo niski HDL są ważnymi czynnikami ryzyka dla umieralności ze wszystkich powodów, umieralności choroby wieńcowej serca, lub hospitalizacji z powodu zawału serca lub niestabilnej choroby wieńcowej w tej grupie 997 osób w wieku 70+”.
  • W 2004 Lancet zestawił informacje od 15.152 osób które przeszły atak serca i 14.820 kontrolowanych pacjentów z 52 krajów, przyglądając się paleniu, historii nadciśnienia czy cukrzycy, proporcji biodra/talia, nawykom dietetycznym, aktywności fizycznej, konsumpcji alkoholu, apolipoproteinom (Apo) we krwi, czynnikom psycho-społecznym, dziennej konsumpcji owoców i warzyw oraz alkoholu. Odkryli, że ogólnie, te 9 czynników ryzyka odpowiadały za 90% ataków serca u mężczyzn i 94% u kobiet.
  • Przełomowe badanie z 2009 odkryło, że prawie 75% pacjentów hospitalizowanych na atak serca mają poziomy LDL w przedziale zalecanym dla tego cholesterolu.
  • Konsumpcja większej ilości cholesterolu nie zwiększa ryzyka ataku serca. Tylko u około 25% nas cholesterol z diety skromnie zwiększa LDL i HDL, ale to jeszcze nie wpływa na proporcję LDL do HDL ani nie zwiększa ryzyka ataku serca.
  • Mimo że krótkoterminowe badania pokazują relacje między konsumpcją tłuszczów nasyconych i poziomami cholesterolu, to prawie żadne badania długoterminowe tego nie pokazują.
  • Ogromna prospektywna meta analiza w 2010 z udziałem niemal 350.000 osób nie wykryła związku między tłuszczami nasyconymi i chorobą serca. I japońskie badanie 58.000 mężczyzn na przestrzeni 14 lat (średnio) nie znalazło związku między kon-sumpcją tłuszczów nasyconych i chorobą serca, a ci którzy konsumowali ich więcej mieli mniejsze ryzyko udaru.
  • Podobne wskaźniki ataku serca i ogólnie zgonów występują po równo w grupach które obniżyły cholesterol w porównaniu z grupą która nie obniżyła, jak mówią wyniki ponad 40 różnych badań klinicznych.
Co byłoby gdyby związek między LDL i chorobą serca, o którym informowały inne duże ba-dania wynikał z obecności cholesterolu naprawiającego uszkodzenia w tętnicach? Z tej perspektywy, LDL będzie miarą szkód, które już wystąpiły. Cholesterol nie jest prawdziwym łotrem.
A jeszcze medycyna głównego nurtu nadal skupia się na konieczności obniżania LDL i ostrzega przed tłuszczami nasyconymi. Wiemy że statyny zmniejszają liczbę przypadków choroby serca i obniżają poziom LDL… ale one również podnoszą poziom HDL. Teraz milionom ludzi (prawie 1 na 4 Amerykanom w wieku 45+) przepisuje się statyny dla obni-żenia cholesterolu. I cały czas martwi się o „podniesionym cholesterolu”. Cholesterol nie jest tu prawdziwym łotrem.
Prawdziwym łotrem jest kombinacja innych modyfikowalnych  przyczyn (można zmienić 90% ich zmieniając styl życia), które wywołują stan zapalny w organizmie. Przez to zapalenie cholesterol staje się lepki, i wtedy staje się częścią płytek miażdżycowych.
Zamiast mierzyć cholesterol a potem brać leki na jego obniżanie, dużo skuteczniej będzie obniżać ryzyko ataku serca poprzez wyeliminowanie tych innych czynników ryzyka które prowadzą do zwiększenia lepkości cholesterolu. Pamiętajmy, że nie chcemy mieć płytek miażdżycowych… a NIE niski cholesterol. Prawdę mówiąc, im wyższy poziom HDL, tym mniejsze ryzyko choroby serca. Może zastanowisz się nad przyjmowaniem suplementów podnoszących poziom HDL np. olejów omega-3 w diecie i niacyny razem z innymi dobrymi dla serca suplementami, które omówię w niedalekiej przyszłości.
W następnym artykule wyjaśnię nowsze badania krwi, które lepiej niż cholesterol LDL prognozują atak serca.
Dr Michael Cutler
Tłum. Ola Gordon
Źródło: https://easyhealthoptions.com/cholesterol-heart-disease-prepare-mind-blown/
\KLIKNIJ w link poniżej i polub stronę"Jak być zdrowym całe życie"na Facebook , a będziesz na bieżąco informowany o nowych artykułach ze strony
https://www.facebook.com/Ryszard-Piotr-Jak-by%C4%87-zdrowym-ca%C5%82e-%C5%BCycie-811427708999378